sobota, 1 stycznia 2022

Nowy Rok bieży

Mamy oto rok 2022...

Dzieci u dziadków. Wrócą dziś lub jutro...

Ja Sylwestra spędziłam w tym roku wyjątkowo - na kanapie pod kocem :)

Mężu mój pracował, a ja po prostu odpoczywałam. Uzupełniłam braki w garderobie dziecięcej, buszując na wirtualnych zakupach. Oglądałam na youtube dziwne filmiki, pisałam ze znajomymi. Telewizor pozostał cudownie wyłączony. Potem posprzątałam kuchnię, ogarnęłam łazienkę i poszłam spać jak tylko fajerwerki ucichły, czyli ok. godziny 00:30. O 7:30 wrócił P., wykąpał się, zjadł śniadanie, trochę pogadaliśmy i poszedł spać, a ja wstałam. 

Dziś P. ma być jeszcze w P-niu, więc i ja się wybiorę - marzy mi się spacer starówką. Mrozu nie ma, więc może być całkiem przyjemnie... W domu cisza, brakuje naszych Miśków. Choinka cicho gubi igły. Zegar tyka, ciuchy leżą nieogarnięte, ale nie chcę robić hałasu póki P. śpi. Padło więc na uzupełnianie zaległości blogowych w towarzystwie kubka aromatycznej herbaty :)

niedziela, 24 października 2021

znów po przerwie...

Częstotliwość moich wpisów jest porażająca... A tymczasem życie biegnie i nie ogląda się na nas. Nasze próby zatrzymania czasu są żałośnie bezskuteczne, a upływ dni - bezlitosny. Żałuję, że tak rzadko tu zaglądam. Gdy jednak zajrzę - przepadam na dobre! Tyle wpisów, tyle pięknych zatrzymanych w biegu momentów, tyle wspomnień, które - gdyby ich nie zapisano - umknęłyby mojej kulawej pamięci... Dni, które kiedyś wydawały się trudne, męczące, jednostajnie monotonne - dziś z kilkuletniej perspektywy okazują się najpiękniejszym czasem w życiu. Pamiętam, że było trudno, ciężko. Permanentny brak funduszów, wieczne niewyspanie i zmęczenie. To wszystko jednak przeżyliśmy, wspólnie przepracowaliśmy i dziś z dumą patrzymy na nasze dwie pociechy. Synowie nasi mają 8 i prawie 11 lat. Obaj chodzą do szkoły i zmagają się ze swoją dziecięcą codziennością. My dobiegamy czterdziestki i czasem pojawia się żal, że ta nasza rodzina nie jest większa, że nie mieliśmy więcej dzieci. Cóż, tak widocznie miało być. Może jeszcze to się zmieni, nie jesteśmy wszak aż tacy starzy... :)

Nasze dzisiejsze życie jest zupełnie odmienne od tego sprzed kilku lat. Chłopcy są "odchowani", mają swoje pasje, wśród których na czoło wysuwa się ostatnio zdecydowanie piłka nożna. Właśnie mam spokojną godzinkę-dwie dla siebie, bo ze swoim tatą pojechali na boisko pograć w piłę. Choć dzięki dodatkowej działalności mojego kochanego męża jesteśmy dziś stabilniejsi finansowo, to nasze życie naznaczone jest - jak wszystkich - cieniem pandemii. Nikt nie spodziewał się, że tak potoczy się nasze życie. Żyjemy właściwie z dnia na dzień, niepewni słuszności swoich wyborów - taki los zgotował nam świat. Najbardziej w tym wszystkim żal jest mi dzieci, moich i wszystkich innych. Świat się zmienił, nie jesteśmy już tacy sami. przewartościowały się też relacje rodzinne. No i my sami czujemy na sobie upływ czasu, stres ostatnich dwóch lat, zmęczenie wieczną niepewnością. Na co dzień staramy się żyć normalnie, aby dzieci w jak najmniejszym stopniu odbierały negatywne fluidy wysyłane przez otoczenie. Czekam cierpliwie, aż cały ten syf w końcu odejdzie w niepamięć, aż odzyskamy swoje dawne życie, choć pewnie nie będzie ono nigdy już takie samo.

Żeby mieć z tym wszystkim jak najmniej wspólnego, nie oglądamy telewizji. Już od lat telewizor w naszym domu pełni funkcję dekoracji na ścianie, choć marna z niego ozdoba. Właściwie należałoby go odkręcić (wisi na wyciąganym ramieniu pod sufitem) i wynieść na śmietnik, gdzie, jak mawiał Ignacy Borejko, jest jego miejsce. Ale jakoś tak leniwi jesteśmy i właściwie aż tak nam on nie przeszkadza, a przydawał się nam bardzo w zeszłym sezonie - do transmisji Mszy Św. online. A skoro nie wiemy, co nas dalej czeka, wisi on sobie nadal...

Ostatnio przeczytałam cudeńko - świeżynkę, dopiero co wydaną.

Piękna! Duży ładunek emocji, dobrych fluidów, pozytywnej energii. Momentami poruszająca do głębi. Piękna stylistycznie, wyrafinowana wręcz - dokładnie taka jak lubię!
W kolejce czeka - gdy odkleję się w końcu od Jowisza (a odkleić się nie jest łatwo...), kupiony jeszcze w wakacje, zaczęty, lecz niedokończony Zraniony pianista.

Poza tym w moim życiu zmiany: rzuciłam pracę etatową, co niezwykle dobrze podziałało na wszystkie aspekty mojego życia. Wróciłam do działalności. Jest dobrze. Miałam różne myśli, miałam różne plany, różne pytania pojawiały się w moje głowie. Dochodzę jednak nieodmiennie do wniosku, że na obecnym etapie życia nie nadaję się ani na pracownika etatowego. Owszem, zapłacenie samodzielne ZUS-u boli, ale daje też niesamowitą wolność i swobodę działania, uskrzydla i wyzwala. Samemu być swoim szefem - to piękne. Nie oddam tak szybko mojej wolności i obym nie musiała!

Wzywa mnie sąsiadka na jedzonko, więc póki co kończę. Nie napisałam wiele, ale i tak bardzo cieszę się, że tu wpadłam! :)

sobota, 10 października 2020

Po długiej przerwie

 

Mamy listopad. Na moim balkonie kwitnie sobie wrzos.

Raz na rok - taka jest moja częstotliwość pisania ostatnio. Słabo, słabo!

A piać jest o czym, choć nie są to wcale sprawy wesołe.

Ostatni rok przyniósł nam dziwny zwrot w historii świata, Europy i Polski. Mamy oto epidemię koronawirusa, która z Chin rozlała się na cały świat. Wszystko zaczęło się na początku tego roku, w marcu wirus dotarł do Polski i pod koniec marca przeszliśmy na zdalne nauczanie, a sporo ludzi też na zdalną pracę. Zamknięto restauracje, kina, miejsca użyteczności publicznej. Mnóstwo ludzi straciło pracę. Była to niełatwa wiosna, ale jako rodzina daliśmy radę. Teraz natomiast mamy bardzo niełatwą jesień. Zachorowalność dzienna jest na dość wysokim poziomie - wczoraj np. było to ponad 4 tys. zdiagnozowanych nowych przypadków. W tym wszystkim naprawdę nie wiadomo już kogo słuchać. Jedni boją się bardzo pandemii, inni z kolei negują całkowicie jej istnienie. Szary człowiek - np. ja - jest skołowany i zagubiony. A do roboty chodzić trzeba i mam świadomość, że w każdej chwili można to dziadostwo złapać. Jeśli złapiemy - marny nasz los. Cała rodzina na kwarantannie, kontrole sanepidu (tfu) i policji. Po prostu jakaś porażka. Dzieci przechodzą to ponoć względnie bezobjawowo, młodzi natomiast - do których my się już powoli nie zaliczamy - dość łagodnie. Najgorzej z osobami starszymi lub tymi, któe mająchoroby towarzyszące. W tym wsyztskim mnóstwo jest też dziwnych przypadków i absurdów, a także przerażających ubocznych skutków pandemii - zaniedbani chorzy w szpitalach, brak dostępności lekarzy pierwszego kontaktu, zakaz odwiedzin w szpitalach i w związku z tym totalne zaniedbanie chorych - nie brakuje takich historii krążących w eterze. Beznadzieja, w której staramy się zachować optymizm i funkcjonować tak, by dzieci nie miały traumy. Na szczęście telewizor jest u nas wiszącym pod sufitem nieużywanym meblem i cała medialna nagonka omija i nas, i nasze dzieci. Niestety od dziś cała Polska jest w tzw. żółtej strefie, co oznacza np., że musimy nosić maseczki na dworze (!) a dzieci mają mieć maski na lekcjach! - to pierwsze lepsze dwa z tychże absurdów. Ziszczony sen idioty - powiedziałby ojciec Borejko.

Nasz starszy synunio kończy za miesiąc 10 lat. Nasz młodszy skończył niedawno 7. Mamy duże, odchowane dzieci. Młodszy zaczął szkołę, a starszy czwartą klasę. Są mądrzy, wygadani, kochani. Młodszy wszedł w szkółkę jak w masełko, a wychowawczynię ma dokładnie tę samą, co starszy, więc ja jestem totalnie spokojna o moje dziecko, bo wiem, w czyje zacne ręce go oddałam. Temperuje z zapałem kredki każdego wieczora, dzielnie odrabia zadania domowe i generalnie chyba mu się w szkole podoba. Szkoła jest ładna, duża, przestronna, z dobrym zapleczem sportowym. Nasz starszy kocha lekcje wychowania fizycznego i lekcje z panem wuefistą. Biega najszybciej z klasy i najdalej skacze. Młodszy zaczął treningi piłki nożnej i też je pokochał. Predyspozycje do sporu mają dzieci zdecydowanie po tacie - i chwała Panu za to, że nie wdały się w mamę. Ech :( Matka zgrubła, w edukacji zdalnej przytyłą 4 kg i już tego nie zrzuciła, ale też jakoś szczególnie się nie starała. Teraz ważę 65 kg, a 10 lat temu przed ciążą z F. moja waga to było 57 kg! Szok w trampkach. Czas wziąć się za siebie. Tym bardziej, że czuję, że niedługo znów przyjdzie mi uczyć zdalnie.

Ostatnie tydzień spędziłam w domu - byłam na zwolnieniu lekarskim. To nie Covid jednak, a zwykła infekcja gardłowa, która przeniosła się na ucho i zatoki i ostatecznie skończyła się antybiotykiem, który jeszcze biorę. Od poniedziałku jednak muszę wrócić do pracy, a w domku było mi cudnie :) Wychowywanie cudzych dzieci naprawdę przestaje mnie już bawić. Moja praca ma wiele plusów i te plusy mnie w niej trzymają, ale minusów jest cały zestaw...

Moi panowie pojechali na boisko uprawiać sport, a ja muszę ruszyć do sklepu i kupić papier wizytówkowy. Mam bowiem ostatnio nowe hobby, które zawsze mnie kręciło - robię kartki. Jestem w tym bardzo początkująca, inspiruję się internetem i dokonaniami mojej Przyjaciółki, która mnie dopinguje. Kupiłam jakiś czas temu wymarzoną maszynkę do wycinania wzorów (wcześniej nie było mnie na nią stać):


Matryce, czyli wykrojniki do wzorów trzeba kupować osobno i nie są to rzeczy tanie, ale od czegóż jest AliExpress :) I tu się zaczęło prawdziwe wzornikowe szaleństwa panny Magdy :) Oto moje małe dotychczasowe dzieła. Mało tego, ale nigdy wcześniej nie podejrzewałabym siebie o takie wytwory, a jednak są.








Tworzy się kolejne, ale do tego potrzeba mi papieru wizytówkowego, bo ten od mojej Przyjaciółki właśnie mi się skończył. To o moich pasjach tyle.

Mój mąż rozwija swój biznes i jestem z niego taka dumna! Spłaciliśmy najważniejsze długi i wyszliśmy na prostą. Oby pandemia nie zniszczyła jego pasji i tego, na co tak ciężko przez ostatnie dwa lata pracował. Póki co kończę i dumnam wielce, że w końcu tu coś napisałam.

sobota, 23 listopada 2019

wieczornie i szczerze

Jak ja żałuję, że tak rzadko siadam do pisania... Żal mi bardzo tego dawnego blogowania, ale jak pisała Malgorzata Musierowicz - życie zawsze okazuje się ważniejsze...

Mamy więc listopad - najbardziej znielubiony przeze mnie miesiąc. Miłym w nim akcentem są urodziny mojego starszaka, który skończył 9 lat. Tak trudno w to uwierzyć. If I could turn back the hand of time... no właśnie, co jeśli mogłabym cofnąć czas? Cieszę się, że jesteśmy w tym momencie, w którym jesteśmy - macierzyństwo jest wciąż dla mnie niezłą przygodą, energogennym wyzwaniem, choć faktycznie lekko czasami nie jest - spiąć codzienność. Może gdybym cofnęła czas, bardziej cieszyłabym się z tych uroczych chwil, gdy byli mali. Notowałabym więcej, więcej o nich pisała. Choć pisałam całkiem sporo... tęsknię czasami za tymi chwilami.

czwartek, 11 lipca 2019

na szybciutko!

Jestem sama w domu, słucham takiej oto płyty, którą upolowałam w Empiku prawie za darmo:


Mężu pojechał popracować ze swoim przełożonym, a do mnie za godzinę przyjedzie koleżanka na kawkę i jeszcze chcę na szybko coś do tej kawy upiec, więc czasu mało.

środa, 26 czerwca 2019

Lato...

Upały...
Siedzę przy stole, piję Sommersby z lodem i słucham, jak w sąsiednim pokoju M. pokasłuje. Podczas tych upałów złapała go wirusówka i mężu też się zaraził. Niestety M. nie może się pozbyć uporczywego, nieproduktywnego kaszlu. Wczoraj lekarz go obejrzał, osłuchał i niby jest ok... 

Skończył się rok szkolny. Nasz F. przeszedł do III klasy... Niedawno się rodził, niedawno do przedszkola szedł KLIK, a tu już III klasa go wita... Za to nasz M. od września zaczyna zerówkę w przedszkolu, a za rok wita go I klasa. I to dopiero jest szok...

piątek, 1 marca 2019

tchnienie wiosny

Ciut cieplej się zrobiło i jakby wiosną powiało, mróz zelżał, temperatura plusowa. Samochody naprawione po raz kolejny - dziś wykasowano nam ponad osiem stów. Luty przeleciał nam szybko i bardzo, bardzo pracowicie. P. rozkręca swoją dodatkową działalność i mocno się napracował w tym miesiącu. Ja natomiast przygotowywałam event charytatywny i też się nachapałam jak pies, ale satysfakcja jest. Było pięknie, wyszło, udało się, jestem szczęśliwa z tego powodu. Pomagało mi mnóstwo osób, którym jestem bardzo, bardzo, ale to bardzo wdzięczna - kwota, którą zebraliśmy jest naszym wspólnym dziełem.