sobota, 13 lipca 2013

sobota


Sobota... Moi chłopcy poszli do Rossmana uzupełnić braki w paście i proszku do prania, a ja skoczyłam do warzywniaka i kupiłam owoce sezonowe: truskawki (trzeba korzystać, bo zaraz się kończą), czereśnie (jestem ich fanką), wiśnie (dla męża, bo on je kocha) i maliny (dla młodego). Nie zastanawiam się nawet, ile nawozów wpakowano w te owoce - może dużo, a może wcale. Owoce eko będziemy jeść na wsi za parę dni, a dziś sobie użyjemy życia nieco bezrefleksyjnie, a co tam.

czwartek, 11 lipca 2013

Searching for Sugar Man

Rzaaaaadko coś oglądamy z moim Kochanym. Rzadko mamy wolny wieczór, a jak już mamy, to czasami cuś wypożyczamy i oglądamy. Wybieramy (teoretycznie) na zmianę, ale i tak mężu wypożycza filmy, które są dla mnie strawne. Wie, że nie lubię mordobicia, wyciskaczy łez, dołujących historycznych dokumentów... generalnie mało filmów przypada mi do gustu. Komedie romantyczne mogą być, ale nie te badziewne. Może być jakaś obyczajówka, byle nie było w niej za dużo dramatu i śmierci. Ciężko...:)

Jednak ten film mieliśmy w planach już od dawna. Okazja stworzyła się sama - dziecię zasnęło wcześniej, więc w końcu obejrzeliśmy Searching For Sugar Man.


Gdzieś wyczytałam, że cokolwiek napisze się o tym filmie, będzie to za dużo lub za mało. Więc nawet się nie porywam z motyką na słońce i nie opisuję moich wrażeń, bo mam w głowie mętlik wielki... Dawno już nic mi się tak nie podobało.

Deszczowo dziś. Dziecię śpi, a młodsze tak mi dało popalić na spacerze, że znów zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest łebkiem w górę jednak... Zakupiłam termometr douszny, choć F. już nie gorączkuje, ale na bank się przyda w przyszłości, niechby pełnił funkcję tylko kontrolną, czego sobie życzę, ale jestem realistką. Idę się wyciągnąć obok zasmarkańca)

środa, 10 lipca 2013

Padam!

Padam, padam:) tak się cieszę, że wolny wieczór dziś mam...

Syn zaraz będzie zasypiał, bo dziś bez drzemki popołudniowej się obeszło, bo dziecię umęczone po nocy katarem spało rano chyba aż do 9:30. Odwiedzili nas też dziadkowie, więc atrakcji było sporo. Gdy dziadkowie odjeżdżali, mały pomachał im z balkonu i zawołał: Fajnie było! Ja natomiast wyciągnęłam dziadka do biedronki na wieeeelkie zakupy i dzięki temu mój ukochany nie musi ich robić. Kupiłam sobie małe turystyczne żelazko dla mych ciążowych potrzeb. Odpalanie stacji parowej dla jednej głupiej bluzki chwilowo mnie przerasta, a dostałam ostatnio w prezencie taki oto gadżet z Ikei:

poniedziałek, 8 lipca 2013

refleksje poszpitalne


Parę słów o moim pobycie w szpitalu w sobotę. Pominę nazwę szpitala i nazwisko lekarki dyżurującej. Naczekałam się, nasiedziałam, ale najważniejsze, że zrobili mi dwa ktg, a każe z nich trwało ponad godzinę. Wydruki ktg były OK. Miałam też usg na izbie przyjęć, z którego wyszło, że położenie synka mego jest miednicowe, czyli główką w górę, ale to może się jeszcze zmienić i nie wiem, czy przypadkiem już się nie zmieniło. Pani doktor na izbie przyjęć niemiła i obmierzła. Ktg robiono mi na porodówce. Położne cudowne, ciepłe i wyrozumiałe:) Dobija mnie jednak medykalizacja całego procesu powołania na ten świat małego człowieka.

piątek, 5 lipca 2013

przemiły wieczór!

Wczoraj dzień pełen wrażeń. Odwiedzili nas dziadkowie, a nawet pradziadkowie! Do tego wuja z koleżanką. Dużo się działo, więc wieczorem byliśmy padnięci że hej. Dziś odpoczęliśmy, odespaliśmy, a wieczorem... tata przygotował nam przemiły wieczór - pojechaliśmy, jak to mój syn mówi, "do westaulacji". Przy okazji zaliczyliśmy wizytę w Empiku, gdzie odebrałam zamówiony wcześniej magnes na lodówkę z naszym zdjęciem:) i kupiłam taką oto płytę:


Mamy te piosneczki w wersji mp3, bo gdy urodził się F., to dużo ich słuchaliśmy. Zachciało mi się tych piosenek w wersji oryginalnej, żeby było łatwiej puścić z płyty, jak urodzi się M. To takie moje małe zboczenie - lubię sobie kupić oryginalną płytę:)

Wracając do naszego wieczoru. Mój kochany zarezerwował stolik w plenerze jednej z restauracji w naszym mieście. Nasz mały urzędował na placu zabaw, a my dosłownie obok niego konsumowaliśmy to i owo, czyli ja na przykład sałatkę grecką, a mężu grillowaną cukinię z oscypkami i pysznym chlebem. Do tego szamaliśmy frytki i piliśmy herbatę. Oczywiście zostałam namówiona na deser (lody z malinami, a mąż szarlotka z czymśtam), więc teraz pękam, nie tylko ze szczęścia, że mam taką cudowną rodzinę, ale i z najedzenia:) No ale w końcu rocznica ślubu zdarza się raz do roku:))) Cztery lata za nami, cztery wspaniałe lata...:))) I to jest piękne, że mój kochany o tym pamięta:) Ja z kolei zakupiłam nam bliźniacze zegarki, ale prawda jest taka, że rocznica była tylko pretekstem, bo chyba i tak bym je kupiła:) Bez zegarka czuję się jak bez ręki dosłownie, a nasze zegarki, które kupiliśmy sobie po ślubie, już się bardzo zdezelowały. Te nowe są cudne:



Teraz moje dziecko spełnia swój cowieczorny rytuał, czyli biega na golasa po kąpieli, kołysanki sączą się z głośników, a ja myślę o tym, jaka jestem szczęśliwa i ile dostałam od Losu. Niech to tylko trwa - o więcej nie proszę.

Jutro od rana czeka mnie szpital i ciekawam wielce, ile godzin tam spędzę, czy na izbie przyjęć będzie kolejka i jak minie nam ten dzień. Idę się myć, bo zaraz będę zasypiać ze smykiem. Który, dodam, ani razu dzisiaj nie posikał się w spodnie:)))

wtorek, 2 lipca 2013

zmiany

Zmiany, zmiany. Zmiana w naszej sypialni - łóżko w nowym położeniu, a jego szanowne nogi nareszcie zostały skrócone przez mojego wspaniałego małżonka. Dwóch stolarzy odmówiło - ściemniali coś na temat śrub wewnątrz tych nóg, więc mój kochany po prostu zrobił to sam:) Łóżko ma teraz wysokość, która mi odpowiada, a kupione przez nas łóżeczko dostawne będzie pasować wysokością idealnie - zrobiliśmy przymiarkę. Kupiliśmy takie łóżeczko dostawne:





ale że mebel jest używany, to poziom był ustawiony na jednej konkretnej wysokości i stary właściciel porządnie to ustawienie zabezpieczył. Nie trzeba będzie tego rozwalać, uff. Łóżeczko wchodzi dosłownie na styk, a właściwie z jednej strony będzie trzeba wymontować listwę przypodłogową, bo przydałby się jeszcze jeden centymetr. W naszych obliczeniach nie wzięliśmy pod uwagę, że z każdej strony pokoju listwa przypodłogowa zabiera ok 1 cm. Ale nic to. Powierzchnia spania o szerokości prawie 220 cm - to coś pięknego po prostu. Nasz co-sleeping nabierze nowych wymiarów - w sensie dosłownym i przenośnym.

Nasze dziecię święci sukcesy nocnikowe. Woła, siada, siusia, a nawet małą qpeczkę strzelił dzisiaj do nocniqa. Kałuża była tylko jedna w ciągu dnia, ale to jak byli goście i bawił się z dziećmi. Dumnam straszliwie z niego. Do tego kąpie się właśnie z tatą pod prysznicem, więc pożegnaliśmy się też (chwilowo) z wanienką. Dotychczas kabina była be - wanienka musiała być. Rośnie nam dziecię, rośnie. Dziś zaliczył pierwszą rundkę na rowerku biegowym, który czekał i czekał, aż się doczekał. Mój brzucho też rośnie. W najbliższą sobotę idę na badania do szpitala, ale nie wiem, czy coś załatwię w naszej służbie zdrowia - zobaczymy!

poniedziałek, 1 lipca 2013

TEN dzień

Dziś jest TEN dzień :) To dziś padło po raz pierwszy "chce mi się siusiu!", a właściwie "chce ci się siusiu", ale mniejsza o to. Posadzony na nocnik F. wysiurkał się, po czym wstał wielce z siebie zadowolony. Wspaniałe, łółciutkie, złociutkie siusiu:) Akcja powtórzyła się kilka razy w ciągu dnia. Zesiurał się też i skupkolił kilka razy w majty, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano. Po prostu nadszedł jego czas i tyle. Jestem dumna z mojego małego siuracza:) Przez cały weekend święciliśmy sukcesy nocnikowe - F. zmamiony Klubem Myszki Miki na tablecie, posadzony na nocnik siedział i przeważnie coś w nocniku zostawił, ale nie zawołał sam, że siurać mu się chce. A dziś - proszę bardzo. Oby tak dalej.

Jak szybko dziecko się zmienia. W ostatnich dniach notujemy jakiś ogromny skok rozwojowy. Z dnia na dzień F. zdaje się więcej rozumieć, lepiej mówić i efektywniej się komunikować. Tworzy nowe konstrukcje zdaniowe, opowiada ciekawe i śmieszne rzeczy, robi się ogólnie bardziej komunikatywny. Sprawy nocnikowe idą w parze z tym rozwojem. Jeszcze tydzień temu reagował na nocnik alergicznie, a raz nawet gdy zrobił nań siku, zaczął się bić po twarzy i krzyczeć. A teraz sobie siedzi bardzo zadowolony, słuchając Szelmostw lisa Witalisa w moim wykonaniu lub zerkając sobie na Myszkę Miki. Ach.....) To był długi i intensywny nocnikowo dzień, zakończony wizytą dziadków i miłej cioci. Czas na prysznic i zasłużony odpoczynek:)