poniedziałek, 17 grudnia 2012

do bombecków!

Postanowiłam, że nie pozwolę sobie zepsuć tych Świąt. Mimo strzelaniny w Stanach, mimo że zmarł tata mojego dawnego ucznia - parę lat starszy ode mnie, którego jeszcze z podstawówki kojarzyłam. Mimo że życie jest kruche i ulotne, a moja rodzina znów opłatkiem podzieli się pro forma, z zażenowaną miną i po serii protestów. Święta są wszak w nas, w naszych sercach, w oczach ukochanej osoby, w cieple choinkowego blasku.

Kiedyś w Święta było inaczej. Tak, było - byliśmy dziećmi, a członkowie mojej rodziny byli młodsi, pełniejsi entuzjazmu, niestetryczali. Robiliśmy sobie prezenty, bo nie mieliśmy pełnych tyłków i każdy drobiazg nas cieszył, a już najbardziej - sam fakt dawania. My - dzieciaki czekaliśmy ze zniecierpliwieniem na pierwszą gwiazdkę i na zapach choinki, który rozniesie się po domu. Ubieranie drzewka nie było - jak teraz - przykrym obowiązkiem, który chce się zepchnąć na innych. A najlepiej to w ogóle nie mieć choinki, tylko ze dwie gałązki świerku w wazonie i tyle - przecież i tak całe Święta spędzi się przed telewizorem, jak każdy inny dzień. Przez kilka ostatnich lat zastanawiałam się w ten świąteczny czas co się stało z naszym świętowaniem. Dobrobyt? Upływający czas? Kryzys wiary? Zobojętnienie? Konsumpcjonizm? Co roku jakoś żenowało mnie to, że jestem jedynym "dzieckiem" w rodzinie i wieku dwudziestu paru lat muszę stroić dwie choinki - swoją i u dziadków i zabiegać o świąteczną atmosferę. Bo innym się nie chce, bo nie chciało im się mieć dzieci w ogóle albo więcej dzieci. Bo nie ma u nas na święta - jak w "Noelce" Musierowicz - gwaru, pisku i tupotu małych stópek dookoła wigilijnego stołu. Miałam wrażenie, że stoimy w miejscu.

W tym roku chcę inaczej. Dotarła do mnie banalna prawda, że Święta są w nas, jeśli tylko tego chcemy. Że magia świąt tworzy się w oczach drugiej osoby - nawet w jakiejś piosence świątecznej to ostatnio słyszałam, tylko nie wiem w jakiej - że szukamy pierwszej gwiazdki, a ona jest przecież w oczach bliskich. Będę się cieszyć, że to kolejne nasze Święta razem - moje i mojego kochanego męża. A co najważniejsze - mamy synka, który jest naszym największym światełkiem. Kto wie, co przyniesie kolejny rok? Może na następnej wigilii kolejne małe oczka będą się wpatrywać w płomień świecy? Marzę o tym...

Nasze dziecko świadomie ubierało choinkę u nas w domu. Choć na Święta wyjeżdżamy, to zapragnęłam mieć własne drzewko, którym nacieszymy się choć przez parę dni. Nabyłam trochę przecenionych (już!) ozdób w Rossmanie. Brakuje nam jeszcze lampek - te mam nadzieję nabędę dziś w moim ulubionym Pepco. I jeszcze jakieś drewniane ozdoby by się przydały. No i proszę - start! Zaczęliśmy kolekcjonowanie naszych własnych domowych ozdób. Wracając do synunia. Najpierw z zaciekawieniem przyglądał się choince, a potem tata nawlekał po kolei bombki na nitki i dawał Frankowi. Ten brał bombkę, podbiegał do drzewka i wołał: Pomóc ciiii! Mama albo tata podchodzili i zawieszali bombkę, a F. wołał: Widzis? i biegł do taty ze słowami Następną! na ustach:) Tak ubrał drzewko. A teraz interesuje go ono niezmiernie. Gdy jest w innym pomieszczeniu i przypomina sobie nagle o choince, mówi: Chces iść do bombecków! A gdy podbiega do drzewka. woła To są! To są! A mama dopowiada: Bombeczki. Nawiasem mówiąc, słowo "bombecków" stworzył sobie sam - przez analogię do innych słów, jak sądzę.

A może magia świąt rodzi się w nas ponownie za sprawą dzieci?


czwartek, 13 grudnia 2012

piernikowo

Wyskoczyłam dziś rano do lumpeksu i za 33 zł. nabyłam to i owo: dla małego trzy bluzki, dla mnie bluzkę (niestety za mała, a nie chciało mi się przymierzać;/), oraz dwa fajne szale. Wszystko było -50%, więc fajnie. Szkoda tylko tej bluzki, ale kosztowała parę złotych, więc nie jest źle. Jeszcze dzisiaj dwie lekcje wieczorem i można witać weekend, bo piątek to już tylko formalność.

Mamy nowy telewizor - płaski. Dostaliśmy go w spadku od rodziny. Nasz stary Sony zabrał kolega męża. My się cieszymy, żeśmy się pozbyli grata, a oni, że mają swój własny i do tego całkiem spory - nie tylko ekran jest duży, ale i zadek owego grata, przez co zajmuje sporo miejsca:). Zyskaliśmy do tego jeszcze jedną szafę, w której można upchnąć graty, bo do tej pory drzwiczki były wyjęte i stał w niej tenże zacny kloc.

Święta za pasem, a u nas ani choinki, ani pierników. Choć wybywamy na wieś, to za punkt honoru poczytuję sobie upieczenie pierników, bo co roku  - przyznam nieskromnie - wychodzą cuuudne. A wolę je upiec u siebie niż u mamy, bo mam termoobieg i idzie to zdecydowanie szybciej - dwie blachy do pieca naraz i jechane. W zeszłym roku wyglądało to tak.


A nasz syn gada, gada i jest przezabawny.

Franio podaje mi książkę "Śmieciarka Jarka" i prosi: O śmiecialce Jalce. :)))

Franio gryzmoli na kartkach kształt podobny do ślimaka i komentuje: Jak ty ladnie lysujes! Jaki ladny Ślimak hm hm hm:)))

F. je jabłko. Odkłada je na stół ze słowami: Juz nie chces jabuka. Za chwilę bierze je znowu: Jednak chces jabuko.

Jak widać, dziecię jest jak gąbka - chłonie wszystko i to w tempie ekspresowym.

wtorek, 11 grudnia 2012

słowa, słowa, słowa

Tata nalewa wodę do wanienki. Franio klepie tatę po plecach.
Tata: Franiu, co tam znalazłeś?
F: Plecki!
Tata: A czyje są te plecki?
F: Zielone!

Mama w drugim pokoju włącza telewizor.
F: Co to było?
Tata: Nic takiego.
F: Tam jest telewizolek!

Mama chce pooglądać "Dzień dobry tvn". Franek niezadowolony powtarza: Wyłącamy telewizolek. Wyłącamy telewizolek.

Franek wkłada mamie rękę w dekolt. Mimo, ze leci mu już piaty miesiąc bez picia mleka z piersi, to sentyment do cycków został. Wpycha mi ręce w dekolt i woła: Pac tata! Pac tata! A gdy była u nas ciocia, to robił to samo, ale wołał: Pac ciocia! Pac ciocia!

Rano F. zarządza: Wstajemy, wstajemy.
Mama: Poczekaj Franiu, ubiorę ci skarpetki.
F: Zeby nie zmalzły nóski.

Wczoraj przychodzi do mnie do kuchni i mówi: Pójdzies z mamą do śniegu.:)

Pasją ostatnich dni jest namietne majstrowanie przy pralce. Chłopiec wywala brudne ciuchy z kosza na bieliznę i wpycha je do pralki. Gdy nie może dać rady woła: Pomóc!, a gdy zapakuje pralkę, mówi: Mama telaz włący plalkę.

O sobie póki co mówi tylko w drugiej osobie. Chces. Nie chces. Chces oglądać lucki (lucki to - chyba - śrubki przy drzwiach zmywarki). Chces mlecko. Chces jabusko. Juz nie chces jabusek. I tak dalej. Choć ostatnio, gdy wypije mleko, oddaje butelkę i mówi: Napiłem. To juz postęp.

No i literki. Tu jest literka Ł! Tu jest literka Ł! Co to za litelka? Jesce laz litelki!

Do nocnika czuje niechęć wielką i wrzucamy na luz. Będzie co ma być...:)

piątek, 23 listopada 2012

dwa lata

Nasz syn skończył dziś dwa lata. Właściwie to wczoraj, bo piszę już po północy. Zaczął trzeci rok życia. Jest kochany i zabawny, jest naszą gwiazdką i naszym światełkiem, naszym sensem i radością. Gada coraz więcej. Pyta: "co to?" pokazując paluszkiem i trzeba wyjaśniać: że garnek, że kubek, że uchwycik, że logo jakiejś firmy na worku foliowym. 

Dziś nad ranem, gdy robiłam mu mleko, pokazał palcem na fridę do nosa.
F: Co to?
Ja: Frida do noska.
F: Pa pa, frido do nosko.

Albo taka scena: Maluch bawi się łupinkami od ogórka. Kładzie je na otwartej zmywarce i mówi: Jeden, dwa, tsy łupinki.

Budzimy się rano, rozmawiamy sobie cicho, oswajamy się z nowym dniem. A F. nagle wyrzuca z siebie: Spac lisowi ani śni się!:))) (cytat z Szelmostw lisa Witalisa).

Dzisiaj z kolei pierwszymi słowami, jakimi powitał mnie synu mój rano było: I like books!:)

Ubieram mu skarpetki z Bobem Budowniczym. F. wskazuje na jedną swoją nóżkę: Bob!, po czym wskazuje na drugą: I tu Bob! Znowu na pierwszą: Bob! i znów na drugą: I tu Bob!

I odmienia też pięknie imię swojego ulubieńca: Nie ma Boba Budownica!

Chcę mu ubrać skarpetki i słyszę: Nie sces skarpetków.

I tak dalej, i tak dalej. Niektóre tekściory udaje mi się ocalić od zapomnienia, bo szybko je zapisuję; inne przepadają sobie w otchłani niepamięci - trudno. 

Dodam jeszcze, dla potomności, że w wieku równo dwóch lat chłopiec nasz rozpoznaje większość liter alfabetu. Prosi często: Nalysuje ci cos. Wtedy trzeba rysować. 
Franiu, co ci narysować? 
F: Nalysuje ci kotka.
Dobrze. rysuję kółko, a F. już radośnie wykrzykuje: Kotek!

Franiu, co ci narysować? 
F: Nalysuje ci plalkę.
Dobrze. Rysuję kwadrat, a F. już radośnie wykrzykuje: Plalka!

A dziś powiedział po prostu: Nalysuje ci P. No i musiałam pisać literkę P. Na przykład pięć razy pod rząd, bo taka wola:)

Ech, dobrze jest. Mam komplet uczniów i na razie mówię: pas. Siedem osób tygodniowo, plus całodzienna opieka nad maluchem to wystarczająco dużo zajęć. Nie podejmuję się uczenia nowych osób i nie biorę już żadnej nowej korekty ani redakcji. Nieliczne wolne chwile chcę mieć dla siebie. Lubię obejrzeć sobie czasami telenowelę i chcę mieć czas na czytanie. Głodem nie przymieramy. Wystarcza nam, choć nic nie odkładamy, ale nie proszę o więcej. Mam wspaniałego syna i wspaniałego męża. Lubię to, co robię i mam swoje miejsce na ziemi i swoje cztery ściany, gdzie wracam z radością.

piątek, 9 listopada 2012

Czas biegnie szybciej?

Czy to możliwe, że czas przyspieszył i biegnie teraz szybciej niż wtedy, gdy byłam w liceum albo na studiach? Dopiero się tydzień rozpoczynał, a tu już weekend nas wita z całymi przyjemnościami z nim związanymi.

Nasz synek gaduli sobie pogodnie, pokochał rysowanie i żąda stanowczo: narysuje ci coś! (ja mam mu coś narysować) albo po prostu narysować!. Sam kreśli na kartkach bliżej niezdefiniowane maziaje, z których jestem dumna wielce. W ostatnich dwóch-trzech tygodniach bardzo potrzebuje mojej osoby i tuli się prawie non stop. Mama, mamusia, kocham, tulki lulki, spać, z mamą.

Rano budzi się i spogląda na lewo, gdzie śpi tata.
F: Tata!
Ja: Nie ma taty, tata w pracy.
F: W placy. W placy.
Ja: Tak, w pracy.
F (ze smutną miną): Psyjdzie! Psyjdzie! (tu trudno się domyślić, czy chłopiec chce, by tata przyszedł czy może ma faktycznie na myśli, że tata przyjdzie).

F. klęczy na krześle, a rączki ma na stole. Bawi się przyborami do pisania. Zlatuje mu na ziemię pisak.F (wskazując na podłogę): Bo pisak! Bo pisak!

F. skacze na kanapie. Zahaczyła mu się nóżka o dziurę w tapicerce. F: Bo nóska! Bo nóska!

F. siedzi na nocniku w swoim pokoju. Ja ładuję pranie o pralki i włączam ją. F. ze swojego pokoju: Boję się plalki! Boję się plalki!, a gdy pralka jeszcze pierze stwierdza: Nie skoncyla jesce plać!

F. chce wejść na krzesło, aby przeanalizować co znajduje się na stole. Niestety - krzesło jest wsunięte pod stół. F. stoi przed krzesłem i woła do mnie: Pomóc! Pomóc!

Gdy czegoś nie chce, np. nie chce usiąść na swoim cudownym nocniczku, stanowczo stwierdza: Nie sces. Nie sces.

F. ogląda kredki. Wskazuje na jedną: Ołówek.
Ja: Tak Franiu, ołówek.
F., pokazując na kolejną kredkę: To tes ołówek. To tes ołówek.

F. uwielbia skakać na fotelu i kanapie. Woła: skakać! Ja mu na to: no to skacz. No i wtedy skacze. Czasami jednak sam do siebie mówi: No to skac. No to skac. I wtedy skacze:)

F. ogląda Świat małego Ludwika na YouTube. Filmik się kończy, a Franek żąda: Jesce raz pojazdy! Jesce raz pojazdy! albo Jesce laz nazędzia! Jesce laz nazędzia! Do niedawna wołał: Skońcyło się! Skońcyło się!, ale teraz bardziej go fascynuje samodzielne budowanie nowych konstrukcji językowych.

Frankowski ma też ostatnio trzy pasje. Jedną z nich jest picie mleka. Potrafi wyduldać ponad litr dziennie, co nas bije po kieszeni, ale jak odmówić dziecku, które przychodzi i prosi: Mlicka. Mlicka. A druga jego pasja: cyfry od 0 do 9. Wynajduje je wszędzie - na kalendarzu, w plenerze - na blokach, na tablicach rejestracyjnych samochodów, w markecie na cenach. Dwa! A tu dziewięć! A faktycnie ze osiem! i tak dalej. Próbujemy już z literami, a co! Trzecia pasja: książka "O Jezusie" - tak ją nazywa, pewnie dlatego, że któreś z nas - pewnie ja - kiedyś tak ją nieopatrznie nazwało. No i tak zostało. A chodzi o tę ksiązkę:
Dziecię dostało ją z okazji Chrztu od swojej chrzestnej mamy. Przed snem, nawet przed drzemką musimy odbębnić kilka opowieści. Fajna jest ta książka, są w niej wierszyki, opowiastki biblijne, różne pouczenia - raczej dla starszych dzieci, ale nasz misiek po prostu ją uwielbia - pewnie także przez ilustracje, bo są urocze. No i z tej książki wzięło sie jedno z jego ulubionych powiedzonek: Ladość to pogoda w selcu.:D 

Przytulaśny jest szalenie. Fascynuje go nasz polski język, choć staramy się wprowadzać mu angielskie zwroty i wyrażenia. Kilka osób z mojego otoczenia - głównie z mojej rodziny - nie może pojąć, że dwoje anglistów nie mówi w domu do dziecka tylko po angielsku. Albo przynajmniej jedno z nas! Ech, sprawa jest bardziej skomplikowana niż się postronnym osobom wydaje, nawet nie chce mi się na ten temat tutaj rozwodzić. Może trochę brakuje nam determinacji i ciśnienia, ale już tacy jesteśmy - gdy cały świat ma ciśnienie na coś, to my właśnie wtedy nie.

Kończy się fajny tydzień - mężu pracował na pierwszą zmianę. Next week to zmiana druga, której szczerze nie znoszę. A dziś mam babski wieczór - umówiłam się z dwoma koleżankami z klasy z liceum. Będziemy pić wino i jeść placek - wczoraj upiekłam - niebo w gębie. Przedwczoraj moja koleżanka z porodówki sprzed dwóch lat urodziła drugą córkę. A wczoraj inna nasza koleżanka zdradziła mi, że dwie kreski na teście się pojawiły parę dni temu. I nam przyjdzie chyba powiększać rodzinę. Najwyższy już czas:)

wtorek, 6 listopada 2012

Ally McBeal

Buszując na YouTube, trafiłam na to. Fragment mojego ukochanego z czasów licealnych serialu. Ach, cudowne lata dziewięćdziesiąte... No a teraz: który fajniejszy? Downey czy Sting?:) Nawiasem mówiąc, uwierzycie, że mój mężuś miał przyjemność rozmawiać ze Stingiem osobiście? Zazdroszczę mu... Podczas gdy ja niańczyłam kilkumiesięcznego Franciszka, mężu robił, jak to my mówimy, "rubbing shoulders" z kimś takim! Zdradzę Wam coś jeszcze: preferuję towarzystwo mego Franka nad towarzystwo Stinga, choć, trzeba przyznać, ten drugi śpiewa lepiej - na razie ;D
Enjoy!

czwartek, 1 listopada 2012

Szczęście

Szczęście. Mała rączka w mojej ręce. Łapka obejmująca mnie w nocy za szyję. Dziubek wyciągnięty w moją stronę i żądanie: "buzi". Uśmiechnięta twarzyczka rano. Zaspana buzia i żądanie "mliczka!". Rączki wyciągnięte do mnie i wyznanie :"kocham". Przebudzenie z łapkami synka na mojej twarzy. Synek kręcący moją głową ze słowami :"kierownica". Synek obejmujący poduszkę i mówiący "spać". Synek przed usypianiem przez tatusia stojący za drzwiami i wołający: "mama, mama", abym przyszła mu dać buzi na dobranoc. Rączki wyciągnięte do mnie kilkanaście razy na dzień z prośbą "tulki lulki!". Dziękuję Bogu, że jestem, że trwam, że w tym rozbitym i nieprzewidywalnym świecie, ja mam swój mały cudowny świat i jestem w nim szczęśliwa. Moje domowe życie absolutnie mnie satysfakcjonuje. Robię rano mleko i ścielę łóżko. Myję podłogi albo czytam synkowi książki. Załadowuję pralkę albo zmywarkę. Gotuję obiad albo czytam książkę. Prowadzę za rączkę małego człowieka. Pchamy razem wózek z zakupami albo ja pcham w wózku jego. Wracam z lekcji angielskiego, a on biegnie do mnie i woła "mama, mama, mama!!!". Szczęście.

środa, 17 października 2012

pilnie potrzebna krew grupy A- lub 0-

Pozwoliłam sobie zrobić zrzut ekranu z bloga Cały Świat Karli, bo kopiować się nie da, a nie mam czasu przepisywać wszystkiego. Więcej szczegółów na blogu Cały Świat Karli.




Nie mogę pomóc, bo mam grupę 0+, ale może Wy możecie? Nie wiem jak jest z oddawaniem w innych województwach, ale myślę że można się dowiedzieć od Karli.

niedziela, 14 października 2012

zupa z soczewicy

To nie jest co prawda blog kulinarny, ale pogadać o gotowaniu można, czyż nie? Właśnie ugotowałam zupę z soczewicy i tak się zastanawiam, czy lubicie sobie poeksperymentować z roślinami strączkowymi? Ja lubię i poniekąd jestem zobowiązana uwzględniać te szlachetne ziarenka w naszym domowym menu, bo współmałżonek mój przynależy do szacownego grona wegetarian, do którego i ja niechybnie kiedyś dołączę, a póki co jestem fleksitarianką:)

Soczewica zawiera mnóstwo wapnia, żelaza i białka, tak więc jest świetnym zamiennikiem mięssssska. A jak ja robię moja zupkę? Ano wrzuciłam do dużego gara pół paczki soczewicy (obojętnie jaka, ja miałam akurat zieloną), wypłukałam i podgotowałam z 10 minut. Do tej wody dodałam jeden mały przecier pomidorowy, puszkę pomidorów (dałam całe, ale lepsze są krojone, można i ze dwie puszki lutnąć, a co!) Znowu zagotowałam. Teraz mój patent - dorzuciłam do gara pół obranej i na dużych oczkach startej cukinii - taki zagęstnik, ale zupka od tego bardziej treściwa się staje, a ja mam tego dobra tyle, że wcieram to praktycznie do wszystkiego - taka już cudowna natura cukinii, że do czego ją dodać, to się przyjemnie wkomponuje. Znowuż zagotowałam. Dorzuciłam makaronu kolanka trochę - tak na oko, ze dwie garści, zależy jaki garnek duży i ile pozostałego dobra. Zagotowałam. Ten makaronik i tak dojdzie sobie w zupce sam, prędzej czy później. Przyprawiłam solą, pieprzem i cukrem. Zabieliłam śmietaną - akurat miałam kwaśną. Wymieszałam. Podałam mężowi na kolację z kromką chleba (tak, tu w Wielkopolsce skibkę nazywamy kromką, a kromkę nazywamy piętką:P).

Tak naprawdę ta zupa zawsze wychodzi mi inna, bo zawsze duch improwizacji porwie mnie w innym kierunku. Można dodać parę ząbków czosnku, a można też dodać podsmażoną wcześniej cebulkę. Można użyć innych przypraw, zrezygnować z makaronu czy cukinii. Można wetrzeć starty żółty ser - będzie się fajnie ciągnąć. Można tak naprawdę wszystko, a wyjdzie na pewno pyszna, pożywna i gęsta zupka - w sam raz na zimne jesienne popołudnie lub wieczór, zwłaszcza jeśli jesteście zakatarzeni - jak my:)

wtorek, 9 października 2012

o rodzicielstwie bliskości znów


Zaczytałam się w rozważania na stronce Dzikie Dzieci. Cieszę się, że żyję w takich czasach, naprawdę! Komputer to moje okno na świat. Nie wiem, jak mogłabym żyć bez codziennego dostępu do internetu, a przecież jeszcze jakieś dziesięć lat temu żyłam. Czytam rozważania na tej przemądrej stronie i tylko utwierdzam się w moich przekonaniach. Rodzicielstwo bliskości to dla mnie cudowne żeglowanie, przygoda. Żałuję, że gdy mój synek przyszedł na świat, nie miałam pojęcia czym jest i jak funkcjonuje rodzicielstwo bliskości. Idea pojawiła się później, nawet nie wiem jak - zapewne podczas moich wycieczek internetowych - dla wielu mam na macierzyńskim internet jest oknem, wehikułem czasu, skarbnicą informacji, miejscem spotkań. Tak pewnie trafiłam na jakieś informacje na jego temat i odkryłam, że to, co robię i z czym się poniekąd kryję i co staram się zmienić, jest praktykowane przez setki, ba - tysiące ludzi na całym świecie. Mało tego, praktyki takie mają swoją nazwę, a rodzice szerzący taką ideę są z tego dumni. 

Takie na przykład spanie z dzieckiem. Mama powiedziała mi, że dziecko od początku powinno znać swoje miejsce. Więc odkładałam do tego łóżeczka, bo przecież Tracy Hogg też kazała. I za każdym razem, gdy lądował u nas w dużym łóżku miałam wyrzuty sumienia. Że nie jestem dobrą matką. Że on się przyzwyczai. Że dziecko w łóżeczku powinno spać. Że z nim coś nie tak, a raczej ze mną i to moja wina, że on tak się budzi, bo przecież dziecko w nocy spać powinno (hahaha!). Itede, itepe. Trochę to trwało. A potem przyszedł trzytygodniowy katar u malucha i chcąc mieć go na oku, spałam z nim non stop, a właściwie on z nami. Teraz już w ogóle nie mamy łóżeczka. Śpimy razem, choć budzi to u niektórych ludzi zdziwienie. Ale co komu do tego, to nasza rodzina i nasze łóżko. 

Ogólnie wrzuciłam na luz i wszystkim to polecam. Dziecka nie trzeba tresować, nie trzeba karać, nie trzeba wzmacniać pozytywnych zachowań, nie trzeba non stop dyscyplinować. Jaki wspaniały luz i spokój daje rodzicielstwo bliskości. Matkowanie nie jest szarpaniną, udręką. Słucham go uważnie i szanuję. Nie mam ciśnienia, żeby go "wychować". Całe rodzicielstwo bliskości zostało już przetestowane przez moją teściową, która prawie trzydzieści lat temu robiła to, o czym my dzisiaj możemy wyczytać z internetu lub książek, i to niektórych. Miała odwagę to robić na przekór światu i wychowała samotnie dwóch wspaniałych mężczyzn, bazując trochę na koncepcjach Spocka, a w większości pewnie na swojej intuicji. Moja teściowa jest niesamowicie niezależna i chodzi swoimi drogami. Trochę jej tego zazdroszczę. Znamienne - gdy kiedyś spytałam ją, jak jej się to udało - tak wychować synów - odpowiedziała, że oni jakoś tak sami się wychowali. Piękne zdanie, prawda? 

To właśnie esencja rodzicielstwa bliskości - nie przeszkadzać dzieciom w rozwoju, tylko je wspierać. A cóż to jest to wspieranie? To jakby zawierzenie, że dziecko "wychowa się" samo, gdy tylko mu nie przeszkadzać. Być obok, owszem, gdy potrzebuje bliskości, rozmowy, wspólnego bycia, ale być dyskretnie, nienachalnie, żyć swoim życiem i dziecku też dać przestrzeń. Mój mąż to ciepły, otwarty człowiek, szanujący granice innych, ale też twardo pilnujący swoich granic. Wyrozumiały dla ludzi, bo nie musi poczucia własnej wartości budować na pokazywaniu im, że jest od nich lepszy. Zdystansowany, znający swoją wartość, ale nie zarozumiały. Umiejący kochać bezwarunkowo i pełen akceptacji dla wad i słabości - moich i innych ludzi. Takie otrzymał "wychowanie". Uczę się od niego każdego dnia. 

Mam wrażenie, że gdyby wszyscy rodzice zaczęli spać ze swoimi dziećmi, świat stałby się lepszy. Rodzice zaczęliby lepiej rozumieć swoje dzieci i słuchać ich potrzeb, a to w procesie długofalowym miałoby ogromny wpływ na przyszłość tychże dzieci. Od spania się zaczyna, że tak powiem. Wiadomo przecież, że więź z matką, z rodzicami, ufna więź, bliskość kształtują nas na całe życie, a bliska więź z matką to ładowanie baterii na całą dorosłość, to fundament dla innych relacji międzyludzkich. Cudowne wyposażenie, które sami możemy dać naszym dzieciom, ale często z różnych dziwnych powodów nie umiemy, nie chcemy. Sama wychowana byłam zupełnie inaczej. Drogi mojej mamy i moje jakoś nie mogą się na polu wychowawczym spotkać. Gdy ostatnio gościliśmy u rodziców, babcia próbowała położyć dziecko spać, ale nie chciał sam zasypiać. W końcu powiedziała mi: "Jak dbasz, tak masz. Przyzwyczaiłaś go i teraz jesteś niewolnicą". A mi jest żal, że mama nigdy moją niewolnicą nie była. Mnie macierzyństwo porwało całą falą i płynę, płynę, płynę........

Sytuacje

Sytuacje:)

Jestem z synkiem mym w sklepie mięsnym. Synek siedzi w wózku, ja robię zakupy. Nagle moje dziecko wrzeszczy w bliżej nieokreślonym kierunku :"Co za małpa!!!" :)))
***
Jesteśmy w gościach u znajomych. Franek bawi się zabawkami ciut starszej koleżanki. Nagle biegnie do mnie z jej pokoju, w rączkach trzymając jej szczotkę do włosów i woła: "Jeż! Jeż! Jeż!" :) Ot, skojarzenie. W domu też mamy szczotkę i nawet szczotkuję nią Frankowi czuprynę, ale ta właśnie - fakt, że mniejsza - szczotka skojarzyła mu się właśnie z jeżem.
***
Chłopczyk bawi się stojącą lampą do czytania. Nie lubię, gdy się nią bawi, bo majstruje przy żarówce, a ta lampa jest na stałe podłączona do prądu. Franek dopiera się do lampy i sam do siebie mówi: "Co jobisz, to jest lampa."
***
Myję mu tyłek na bidecie po zrobieniu kupala. Skończyłam myć, stawiam go na ziemi, a synek stwierdza: "Czysta pupka!".
***
Tata czyta Frankowi książkę o Bolku i jego nocniku. Jest tam fragment o tym, jak Bolek zrobił kupkę do nocnika, a potem mama Bolka i Bolek poszli do łazienki, aby wylać siusiu i kupkę do ubikacji. W książce jest napisane coś w stylu: Poszliśmy do łazienki, ja, mama Bolka i Bolek...". Tata czyta: "... ja, mama Bolka i...(tu przystaje, aby Franek mógł swoim zwyczajem dopowiedzieć resztę); Franek dopowiada: "... i miała czubek z kokardą!":))))

sobota, 6 października 2012

dziękuję Wam za wyróżnienia

Bardzo serdecznie dziękuję Wam za wyróżnienia. Dopiero dziś mam moment, by się tym zająć. Miło mi, że podczytujecie moje zapiski, że wpadacie tutaj i w komentarzach dzielicie się ze mną swoimi spostrzeżeniami.

Babeczkę otrzymałam od Hafijki i BiG m. Bardzo serdecznie dziękuję.


Natomiast odznaczenie Versatile Blogger odebrałam również od BiG m oraz od drogiej sercu memu Shoppanny. Tak na marginesie, polecam Wam jej przeciekawego bloga modowego. Oto Shoppanna w całej swej krasie, a prywatnie niebagatelna osobowość. Jedyna chyba blogerka, którą znam osobiście, bo po prawdzie to najpierw była znajomość w realu, a potem blogowa. No ale ad rem! Oba odznaczenia chciałabym przyznać Wam wszystkim, którzy tu zaglądacie. Idę trochę na łatwiznę, ale mam wrażenie, że wszystkie mniej więcej blogerki, które chciałabym wyróżnić, już zostały wyróżnione wcześniej. Ot, kółko wzajemnej adoracji, ale co - źle nam z tym? Dodatkowo zielone odznaczenie wymaga ujawnienia 7 rzeczy, których o mnie nie wiecie.
1. Kocham Węgry - spędziłam tam kilka miesięcy swojego życia i był to najbardziej beztroski czas w moim dotychczasowym życiu.
2. Nienawidzę mieć czkawki.
3. Nie potrafię zaciągnąć się papierosem - nieliczne wypalone w życiu fajki spaliłam metodą pufania.
4. Jestem - niestety - uzależniona od słodyczy i węglowodanów. Bynajmniej tego po mnie nie widać:)
5. Nie lubię telewizora.
6. W dzieciństwie kochałam Jane Seymour i serial Dr Quinn. Zbierałam wycinki z gazet o Jane i wklejałam do specjalnego zeszytu. Ach, gdzie te czasy sprzed googli - pamiętacie?:)

Tak na marginesie, ostatnie weekendy są dla mnie okazją do przebywania z arcyciekawymi osobowościami. Zeszła sobota to spotkanie z Agnieszką Stein, o którym pisałam, a dziś miałam niewatpliwą przyjemność być na dwóch wykładach Katarzyny Miller w Galerii Malta w Poznaniu. Pani Kasia to cudowny duch, dobry człowiek, genialny psychoterapeuta, kobieta z krwi i kości, chodzący realizm, akceptacja i radość życia. Czytuję jej felietony w Zwierciadle i niejednokrotnie odnajduję w nich siebie, oj tak - w tych kobietach, co do niej przychodzą. nie mogłam więc odpuścić sobie takiej przygody. I jedno zdanie pani Kasi zapamiętam na pewno: "Jestem taka (jaka? - każda z nas może sobie tu wstawić jaka jest) i chuj!" Przeciekawe spotkanie, przemądra osoba. Fajnie było - śmiesznie i swojsko.


piątek, 5 października 2012

McDusia - plasterek na duszę steraną

"Plasterek na duszę steraną" - tak nazwał mój znajomy jej powieści. Czekałam cztery lata na nową i oto ją mamy. Ledwo skończyłam ją czytać, a już zabrałam się do ponownej lektury. Pierwsze czytanie to chłonięcie książki całą sobą, jak zaciąganie się papierosem przez nałogowca. Drugie czytanie odbywa się już na spokojnie - wiem już, co się wydarzy i delektuję się innymi walorami książki. Obracam w głowie ulubione wyrażenia, słowa. Myślę o dawnych dziejach moich bohaterów. Lączę niewidzialnymi nitkami tę kolejną część sagi z pozostałymi.

Za co kocham Musierowicz? Za ten szczególny sposób oglądu świata, za słowa, w które ubiera moje własne wątpliwości, żale i nadzieje. Za to, że dzięki niej wiem, że nie jestem sama w swoim idealistycznym podejściu do świata. Za to, ze jestem z jej książkami - a może one są ze mną - już ponad piętnaście lat. A jednak wciąż zawsze mam ten sam dreszcz emocji nad jej nową powieścią, ten dreszczyk przed poznaniem niewiadomego, to miłe oczekiwanie, że oto nadejdą dwa - góra trzy dni wypełnione cudownym delektowaniem się, nurzaniem w ukochanej tematyce, pękaniem ze śmiechu i ocieraniem łez wzruszenia. Ściskaniem serca tą specyficzną obręczą. Powieści Musierowicz to podobno książki dla młodzieży. Ja widzę to trochę inaczej, bo każdą jej nową powieść głęboko przeżywam, po swojemu, po dorosłemu. A może to znak właśnie geniuszu pisarskiego - że czytać je potrafi z wypiekami na twarzy nastolatka, a dorosły przeczyta to inaczej, coś innego dla siebie znajdzie, inne rzeczy zwrócą jego uwagę, tu i tam ściśnie się serce, bo: inne doświadczenia, inne przemyślenia, inny ogląd świata po prostu.

Wczoraj wróciłam po 22:00 z lekcji angielskiego, a moi chłopcy właśnie zasypiali. Usiadłam w fotelu z książką i czytałam, czytałam, czytałam. Rechotałam jak żaba gdy swoje monologi prowadził Bernard i wyłam jak bóbr, gdy w dal odjeżdżał pociągiem Janusz - człowiek, który nie umiał kochać. Człowiek, który nie umiał kochać i został z pustymi rękoma, choć nie z własnej winy. Nikt tak nie umie pisać o emocjach, ludziach, miłości, odchodzeniu, umieraniu. Nikt tak głęboko nie dotyka mojej duszy jak ona. Nikt tak nie ubiera w słowa mojego żalu, radości, wątpliwości, nadziei. Dzięki niej nie boję się kochać, wierzyć, mieć nadziei, być sobą na przekór światu. Czuję się mentalnie jej córką. Jak pewnie jedna z wielu:)

niedziela, 30 września 2012

weekendowe podsumowanie

Za nami jeden z pierwszych wolnych weekendów mężulka. Spędziliśmy go fantastycznie, choć - trzeba przyznać - intensywnie. Odwiedzili nas znajomi z trójką dzieci - najstarszy chłopiec ma 6 lat, a jego bracia bliźniacy są w wieku Franka. Przyznam, że wychowywanie bliźniaków to jest niezła impreza:) Stwierdziłam, że rodzice bliźniaków po prostu w pewnym momencie muszą wrzucić na luz, bo oszaleją. Na przykład te maluchy, które nas odwiedziły zdejmują sobie skarpety i latają na bosaka. Jak mój F zdjąłby sobie skarpety, to od razu bym za nim latała i mu je ubierała, "bo będzie miał katar". Itepe. Fajnie było, ale nieogar niesamowity. Jak oni się w piątkę mieszczą w dwupokojowym mieszkaniu - nie wiem.

Pogoda dopisała nam wspaniale. W sobotę  - 29 września - mężuś mój pokazywał gościom poznańską starówkę, a ja odłączyłam się na czas jakiś i udałam się na spotkania autorskie z Agnieszką Stein. Mamania niestety dała ciała i nie zamieściła szczegółów spotkania, choć obiecywali na stronce, że to zrobią. Ale od czego jest wujek Google - sama sobie znalazłam gdzie jest spotkanie i się na nie udałam. Organizowała je szkoła rodzenia Gaja. Wrażenia? Kapitalne spotkanie. Spodziewałam się tłumów. Przyszłam na ostatnią chwilę i byłam przygotowana, że mogę się już nie wepchnąć. Tymczasem ludzie dopiero się schodzili i ostatecznie kilka minut po dwunastej spotkanie się ropzoczęło. Kawiarnia była pełna, ale kilka osób więcej na pewno by się jeszcze zmieściło. Najpierw padały pytania z ust pani prowadzącej, a potem my mogliśmy zadawać pytania dotyczące książki "Dziecko z bliska", którą można było nabyć, lub ogólnie rodzicielstwa bliskości. Przemiłe, przefantastyczne spotkanie. Pani Agnieszka na każde pytanie starała się odpowiadać szczegółowo i solidnie, choć trzeba przyznać, że jest osobą trzymającą dystans - przynajmniej ja tak to odczułam. Każdy z nas jest jaki jest. Może miała gorszy dzień, a może po prostu taka już jej natura. Tak czy siak - spotkanie wyzwoliło we mnie kolejną porcję energii do działania na macierzyńskim polu, a pani Agnieszka jest moim guru i inspiracją. Dostałam ładny autografik i bardzo mnie tenże cieszy:)



Po południu byliśmy na lokalnym festynie, gdzie można było kupić używane zabawki, książki i inne gadżety i za 20 złotych nabyłam kilka książek dla synusia, dwa autka, kredki, portfel dla męża i jeszcze ciasta parę kawałków:) Dziś natomiast na 10:00 byliśmy na mszy rodzinnej u Dominikanów, potem na spacerze po Cytadeli, potem obiadowaliśmy i kawowaliśmy w domu, a gdy goście pojechali, nasz mały po prostu padł o 19:30, bo w ciągu dnia nie poszedł spać.

Nasz chłopiec kochany dużo mówi i coraz częściej składa wypowiedzi z kilku słów. Śmieszne sytuacje:

Jedziemy samochodem z dziadkami. Franek nagle mówi do mnie: "Napij się mleka" :))) Matka oniemiała - młody sypnął cytatem z "Murzynka Bambo"!

Dziś w kościele. Zespół gra i śpiewa, kończą grać, odzywa się ksiądz, a Franek komentuje: "Skończyło się":)

Inna scena z kościoła. Chłopiec pożyczył Frankowi swoje auto, takie małe i żółte. Franio ogląda je i stwierdza: "Auto". Ja na to: "Tak, auto". Franio dodaje "Auteczko":)))

W nocy budzi się i popłakuje: "Napić", no i matka już wie, że pitko trzeba zaserwować.

Jeździ autkiem po głowie taty i mówi "po tatusiu" albo "po główce", a gdy mówię mu "a teraz po Franiu", to z ważną miną zaczyna jeździć sobie autkiem po brzuchu:)

Siedzimy, mężu lub ja, a synuś podchodzi i mówi: "Na kolanka". Albo jak jest u mamy to mówi "Do tatusia" i wyciąga do niego rączki albo na odwrót - "Do mamusi", gdy z kolei jest na rękach u tatusia.

No i "tulki lulki" nasze niepowtarzalne i kochane. Misiek wiesza mi się na szyi i mówi "tulki lulki", po czym wtula się w moją szyję. Słooooodkie!!!!

Zmęczeni jesteśmy. Czas już na mnie dzisiaj. O zarabianiu - zgodnie z prośbą dziewczyn - będę jeszcze pisać.

środa, 26 września 2012

dzieje się

Dzieje się, bo ja zarabiam! Mam 6 uczniów tygodniowo i wybitnie podnosi mi to poziom dobrego humoru, gdyż:
1) wychodzę z domu
2) zarabiam siano
3) odciążam chłopusia mego
4) gimnastykuję umysł i nie kapcanieję any more.

Mam z tego tytułu, of course, więcej roboty i zawalone wieczory, ale da się żyć! Do tego znów czytam książki i zdarza mi się wciągnąć tak, że świat istnieć przestaje. Wtedy kuchnia i pokoje leżą odłogiem, ale na szczęście mojemu partnerowi życiowemu to nie wadzi, bo i on "titać" lubi, a jakże.


Podsumujmy. Ostatnio przeczytane przeze mnie:
Aktualnie pożeram:
Na półce do pożarcia czeka:


Z Mamanii zakupiłam dwie książki:

Teraz nic, tylko lekturze się oddawać.

poniedziałek, 17 września 2012

jęki i smęty

Pozyskałam kilkoro nowych uczniów, co cieszy niezmiernie, bo pieniądze będę zarabiać, a w weekendy cieszyć się towarzystwem mężusia kochanego, który jest przepracowany ostatnio i już w weekendy nie powinien pracować. Mnie też dopada jakieś przesilenie, chodzę wiecznie niewyspana i niedogrzana, śpię po południu z synkiem, śpię w nocy, a rano jestem totalnie nieprzytomna. Staram się przygotowywać lekcje, a w wolnych chwilach czytam i daje mi to dużo radości. Teraz podczytuję pożyczone od koleżanki

Z rzeczy okropnych, to widziałam wczoraj kobietę w ciąży palącą papierosa. Miałam ochotę chwycić ją za szmaty i porządnie potrząsnąć. Opadły mnie w jednym momencie bardzo negatywne emocje. Jakby świat mi się zawalił,a przecież wiem, że są kobiety w ciąży, co piją i palą, że są rodziny patologiczne. A jednak zobaczyć taką scenę na własne oczy i odczuć własną bezsilność - to boli. Oczywiście, mogłam podejść, zagadnąć, porozmawiać. Mogłam. Nie mam ochoty zbawiać świata, może to źle. Źle się czujęw roli wszystkowiedzącej Cioci Dobra Rada. Ech...

Są takie właśnie dni, że człowiek czuje kres swoich możliwości, beznadziejność świata, nieuchronność zbliżającej się zimy... Wszystko przez to zmęczenie, niedospanie, choć paradoksalnie śpimy nie aż tak mało - 6-7 godzin w nocy, czasami nawet nieprzerwanym snem, a do tego ja ucinam sobie drzemki poobiednie z dzieckiem, bo nie wyrabiam... i wciąż człowiek zmęczony, niewyspany, niedogrzany jakiś, zły na coś, niecierpliwy, dziecka jęczenia słuchać niedający rady... A dziecko pokasłuje i już się zastanawiam, co z tego wyniknie...

PS Od dziś do 19 września promocja w wydawnictwie Mamania! Znowuż są obniżki cen!!!

piątek, 14 września 2012

językowe rozważania i książki, które czytamy

Mało mnie tu, ale jestem, jestem. Wpadam codziennie na chwilkę, podczytuję ulubione blogi, ale na napisanie posta jakoś tak czasu, chęci i motywacji brak. A tak szybko życie nam ucieka i wrzesień nam się rozwrześniowił, jesień nadciąga nieubłaganie i jest w tym wszystkim oprócz nitki żalu jakiś nieodparty urok. Zimne poranki i wieczory, ciepłe bluzy i buty, czyste powietrze poranne, prawie przymrozkiem podszyte. Przyjdą znów te krótkie dni, przyjdą pluchy i mrozy, katary i kaszle, siedzenie w domu i wyglądanie przez okno, kiedy tatuś z pracy wróci. Ale tak ma być, tak musi być i już.

A nasz syn zmienia się za dnia na dzień dosłownie. Więcej rozumie i doświadcza rzeczywistości w coraz to nowych wymiarach. Była u nas przez 3 dni babcia, która bardzo się miło wnukiem zajmuje, bawiąc się z nim, czytając i prowadząc dysputy. Nauczyła Frania mówić "szok!" :). W ogóle zauważyłam, że kontakt z innymi niż mama osobami bardzo służy dziecku memu. Ciekaw jest tych innych osób, lubi z nimi przebywać, naśladuje, współdziała mniej lub bardziej chętnie, ale zawsze jakoś i z tej współpracy czerpie radość.

Mówi dużo i nie jestem nawet w stanie spisać tutaj choćby części jego słownika. Powtarza jak papuga i pilnować się trzeba, żeby nie wyjechać przy nim z jakimś "kurde molek" albo czymś gorszym. 
Każdy dzień przynosi nowe słowa lub nowe, ulepszone wersje słów już znanych. Po latach chciałabym jednak pamiętać, że

panu = makaron, obecnie już pokaron
pinu=pomidor, obecnie już pimidor czy jakoś tak :)
patu=parasol, obecnie już palasol
piny=maliny
piki=porzeczki
kako=traktor, obecnie już tlaktol
jejej = rower, obecnie już chyba lowel
mimo = misio, obecnie już myszio
momo = motor, obecnie już motol
chypyć = chłopiec, obecnie już chopiec
Z innych ciekawszych słów:
mumaptka = betoniarka
djewo= drzewo
beteb = buty
chiep = chleb
zoda = woda
miko = mleko
heg = żółty ser
hege = serek homogenizowany lub do kanapek
Dużo słów wymawia już poprawnie, np. kaloszki, ciapka, auto, mamusia, tatuś, babtia, poduśka. Bawi się słowami: mamusia, mamulka, tatusia, tatusiem, tatulkiem. Każdego wieczora i ranka wydaje komendę "titać!" i trzeba mu czytać - do poduszki i  - że tak powiem - od poduszki. Krzyczy "uwaga, uwaga" i rzuca piłką (szkoła babci), wymienia imiona kotków pradziadka (Anunia, Buźko, Patkot - Lalunia, Buźko, Palikot), a na pytanie "Co jest najważniejsze w życiu?" mówi "miłoszcz":) Wiem, że nie zna prawdziwego znaczenia tego słowa, ale myślę, że czuje, co to miłość:) Czasami mówi, że najważniejsze jest auto albo dake (dziadek). Na każdy sprzęt typu mikser, suszarka mówi "hałas".

Lubi bawić się ze mną w ten sposób:
F: Samolot!
Mama: Gdzie?
F: Samolot!
Mama: Gdzie samolot?
F: Nie ma! (rozkładając rączki i z zadowoloną miną).
Powtarzamy tę sytuację kilka razy w ciągu dnia i chłopiec ma wtedy dużo radości..

Inna sytuacja: Franio targa zostawione gdzieś przez tatę klapki i woła "tatusia! tatusia!".

Albo taka scena: Wjeżdżamy lub wchodzimy do piekarni, a Franio w tym momencie zaczyna skandować: "Bułka! Bułka! Bułka!". Oczywiście musi bułę dostać i od razu się nią zapycha, niezależnie od tego, czy jest przed śniadaniem czy świeżo po obiedzie.

Albo taka sytuacja: Jesteśmy u dziadków. Jest wieczór, usypiam Frania. Chłopiec nadaje jak nakręcony "po postu, po postu, po postu". W końcu odwracam się do niego plecami, a on wiercąc się i przewracając przywala mi w łopatkę. Nic nie mówię, a on sam strofuje siebie: "Bam! Mamusie! Uwazaj! Mamusie!" :)))

Gdy siedzi przy stole na krześle, wskazuje pod stół i stwierdza "ga gófke", a po chwili "uwazaj".:))))
Zabiera z sofy poduszkę, kładzie ją na dywanie, na poduszce kładzie główkę i stwierdza :"aa" (czyli "spać").

A ja? Przyglądam się temu małemu-dużemu przytulaśnemu chłopcu i nie mogę uwierzyć, że ten mały-duży gaduła to ten sam chłopiec, co leżał w rożku i był dzidziusiem małym jeszcze nie tak dawno, a za dwa miesiące stukną mu dwa lata! Uwielbia się przytulać i moje matczyne serce kocha te chwile. Obejmuje mnie za kochanymi łapkami, wtula buzię w moją szyję. Czasami rozczula mnie kompletnie, bo obejmuje mnie za szyję i mówi "kam!" (kocham). Daje mi buziaka-śliniaka. Czasami niestety gryzie, ale z tego pewnie wyrośnie. 

Zaobserwowałam rozwój jego samodzielności po odstawieniu od cyca. Nie wiem właściwie, czy jedno ma z drugim coś wspólnego, ale fakt jest faktem. Przesypia teraz całe noce - czasami z jedną pobudką na przytulenie. Wczoraj położony o 20:15 spał do 7:15 rano bez jednej pobudki. Zajęczał tylko jeden raz przez sen. Cóż... gdybym wiedziała, że tak pięknie będzie spał, może akcję odstawienia przeprowadzilibyśmy wcześniej. Ale nie miała ciśnienia, dawałam radę. Czekałam na odpowiedni moment. Nadszedł i tyle. Mamy piękne wspomnienia i na długo naładowane akumulatory. Odchorowałam swoje, muszę iść do przodu. Przed nami wiele fantastycznych wspólnych chwil i wiele rodzicielskich wyzwań.

Oto, co właśnie przeczytałam:

Teraz czytam:


Mężu za moją namową zgłębia:

A nasz synek raczy się w wolnych chwilach i w naszym towarzystwie tą oto pozycją:



Wszystkie cztery godne polecenia. Koniec rozważań na dziś. Czas do wyrka.


piątek, 24 sierpnia 2012

zapiekane pyrki i refleksje po powrocie do domu

Zapiekane pyrki właśnie siedzą w piecu i zapiekają się z czosnkiem. Moje dziecię śpi, a ja od ponad godziny przeglądam blogi i je podczytuję zamiast nad zleceniem pracować. Wczoraj wieczorem wróciliśmy w domowe pielesze i jest mi tak cudnie!!! Nawet na spacer z dzieckiem przed drzemką nie udałam się, bo raz: padało, dwa: nie chciało mi się! :) Tak, wiem, że dziecko musi być na dworze i chociażby nie wiem jak mi się nie chciało, to muszę mu zapewnić porcję tlenu. A więc zapewniłam: otwarłam szeroko okno:) Zawsze po powrocie od dziadków rozkoszuję się tym, że ja nic nie muszę. Nie musiałam wyjść, to i nie wyszłam. Nie musiałam nigdzie biec na złamanie karku, a moje dziecko może spać sobie po południu nawet 4 godziny i nic złego z tego nie wyniknie:D Ech, koniec z, jak to mówi mąż mój, "Tusku, musisz":)))

Zawsze po powrocie od dziadków oddycham głęboko i szukam w sobie potwierdzenia, że metody "wychowawcze", którym hołduję, mają sens i warto iść tą drogą. Zawsze jakoś u nich wszystko mi się zaburza. Moja wewnętrzna droga. Jestem wszak niedoświadczona. Powiedziano mi (pisałam już o tym), że łóżeczko jest osiągnięciem cywilizacyjnym i że przy dziecku nie da się wyspać (hehe), bo trzeba ciągle się budzić żeby sprawdzić, czy jest przykryte (hehe) i że powinnam przede wszystkim zadbać o moją relację z mężem (ciekawe, hehe) i że spanie z dzieckiem nie ma absolutnie żadnego wpływu na więź z matką (też hehe, czyż nie?). No i że ja sobie wybrałam "złego guru" (hehe, któż to? William Sears pewnikiem?). Nie miałam ochoty dyskutować, bo tamto wychowywanie dzieci trzydzieści lat temu, ich szybkie socjalizowanie i usamodzielnianie a moje "ciaćkanie się" z dzieckiem to dwa różne światy. Nie chciało mi się nawet podejmować dyskusji. Czytam książki z Mamanii, zdarzyło mi się z sukcesem przelewać pozytywne emocje rodzicielskie w serca koleżanek-mam, mam wiedzę teoretyczną, a jednak z moją mamą dyskusji podejmować mi się nie chce. Chyba jakoś tak wewnętrznie czuję, że to do niej i tak nie trafi, że nie warto. E tam.

Jest we mnie jakaś taka wewnętrzna tęsknota za ciepłym, kochającym i wszechakceptującym uściskiem ramion mamy. Zasnąć w nich, otoczona ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa. Wiedzieć, że ktoś akceptuje mnie całkowicie, bez względu na wszystko i wszystkich. Dwadzieścia cudownych miesięcy przy cycku. Czy wystarczy mu tej akceptacji i siły na całe życie? Może tak, może nie. Dlatego każdego dnia się tulimy. Dlatego mu nie mówię, że jest niegrzeczny i nieznośny, gdy nie ma ochoty na ubranie butów czy zmianę zakichanej pieluchy. Dlatego go nie straszę, że go oddam jakiemuś panu na ulicy. Dlatego pozwalam mu zasypiać w moich objęciach. Czuję, że mój guru, ktokolwiek to jest - może moja własna intuicja? - to dobry przewodnik. Warto za nim iść.

wtorek, 21 sierpnia 2012

na chodzie

Jesteśmy wciąż u dziadków. Jestem już na chodzie i pracuję nad zleceniem w momentach rzadkich, latam za dzieckiem, staram się doprowadzić mój pokój do jakiegoś możliwego wyglądu (co nie jest łatwe) i tęsknię znów za miłym mym. Mój mąż to anioł. Przyjechał w piątek i całkowicie przejął opiekę nad dzieciną, w związku z czym matka mogła leżeć, czytać, pracować nad zleceniem i ogólnie się kurować. Tak było aż do poniedziałku. Biorę jeszcze antybiotyk, ale czuję się już wcale nieźle. A teraz uwaga: dziś moje dziecko strzeliło na nocnik qupę i wielkie siku!!! Kupę zdarza nam się złapać niezwykle rzadko, bo nocnik to nasz wróg nr 1:) Nie mam ciśnienia na szybkie odpieluchowanie i guzik mnie obchodzą pytania w piaskownicy typu : "a już woła?". Będzie gotowy, to będzie gotowy. Jakoś metody typu zdjęcie pieluchy i wrzeszczenie na dziecko za każdym razem jak się zleje w gacie "czemu nie wołałeś???" mnie nie rajcują. Intuicja mówi mi: spokoooojnie:)

Scena z wczoraj. Babcia myje chłopcu tyłek na bidecie po kupie. Myje, myje, aż nagle Franio się odzywa: "koniec?":)))

Franio mówi: "ga główkę" (uważaj na główkę), "do buźki" (gdy podaje mu się coś do buźki) i "na nóżkach" (gdy każe mu się zejść z tapczanu). Długo nie mówił "nie". Od kilku dni używa świadomie tego słowa, bardzo świadomie. Muszę sobie jeszcze raz przeczytać, co Agnieszka Stein na ten temat pisze, bo wczoraj na przykład, byłam bardzo tym jego "nie" na koniec dnia zmęczona. Wiem, że to kolejny etap w rozwoju, wiem, że to znak, że rozwija się prawidłowo i że na silny charakter, ale i tak jest to męczące. W równym stopniu nie podoba mi się, jak on wtedy słyszy: "Jesteś nieposłuszny", "Jesteś niegrzeczny" itp. No ale z tym nic nie zrobię.

Wczoraj na świat przyszedł bardzo wyczekiwany i upragniony jego nowy obywatel. Dzidziuś waży 4190 kg i przyszedł na świat siłami natury i swojej bardzo dzielnej mamy. Moja koleżanka to bardzo dzielna kobitka. Teraz odpoczywa po trudach porodu. Serce roście normalnie.

A teraz biorę się za zlecenie, bo za godzinę babcia i syn mój wrócą ze spaceru i mój czas wolny się skończy.

piątek, 17 sierpnia 2012

choróbsko

Nie zdążyłam jeszcze opisać pokrótce naszych kilkudniowych wakacji, a siekło mnie choróbsko i od trzeci dzień niedomagam okropnie. Mam ostre zapalenie gardła, a dziś pierwszy dzień bez gorączki. Biorę - niestety - antybiotyk. Ja - zacięty wróg antybiotyków:( Niestety oddalona o jakieś 60 km od mojego lekarza rodzinnego, zostałam spacyfikowana i poddana wizycie doktora antybiotykofoba. Może i dobrze, bo dosłuchał się jakiś szmerów w lewym płucu, więc może to dziadostwo wyczyści mnie porządnie i już? Nie da się ukryć, że zmęczenie, stres związany z ostawieniem od cycka, wahania pogodowe i niedoubranie raz i drugi zrobiły swoje, organizm nie dał rady. Opiekę nad dziecięciem mym przejęli całkowicie dziadkowie i radzą sobie świetnie. A syn mój po odstawieniu od cyca zrobił się bardzo samodzielny. Jeździ z dziadkami na wyprawy samochodem, chodzi z dziadkiem do pradziadków, na odległy plac zabaw i na długie spacery. Robi mi "papa" i wychodzi. W dwudziestym pierwszym miesiącu życia język mu się rozwiązał. Radio Franek nadaje non stop. Dziadek kaszlnie, Franio komentuje "kaszel". Mama kichnie, Franio komentuje "apik!". Franio wypluwa gdy coś mu nie smakuje i mówi "kotku", że to dla kotka. Gdy babcia umyje mu rączki, Franio ogląda je i stwierdza "ciste". Do babci czule zwraca się "babtu", a do dziadka "dake". Ja pod rządami absolutnymi babci nie czuję się do końca komfortowo, ale co zrobić. Dowiedziałam się już, że spanie z dzieckiem nie służy ani jemu, ani mi, że powinnam zadbać o swoją relację małżeńską i że babcia jest przekonana, że to nie ma żadnego wpływu na więź z dzieckiem (refleksja babci po 3 godzinach spania z dzieckiem, gdy ja leżałam z gorączką). No cóż, pozwolę sobie pozostać przy swojej opinii. Dziś przyjeżdża mąż. Nie widzieliśmy się od zeszłej soboty, więc prawie tydzień i czekam Cię jak kania dżdżu mój Kochany.

sobota, 4 sierpnia 2012

dwadzieścia pięknych miesięcy

Przez przypadek wyszło, że światowy Tydzień Karmienia Piersią był tygodniem, w którym przestałam karmić. Od pewnego czasu czułam, że koniec nieuchronnie się zbliża. Zwłaszcza noce i poranki należały do trudnych. Po ciężkiej nocy, gdy F. budził się kilka razy, czułam się wyssana do granic możliwości. Teoretycznie w ciągu dnia już nie karmiłam (tylko wieczorem i w nocy), ale często zdarzało się, że F. marudzeniem i wieszaniem się na moim dekolcie wyprosił cycusia, no bo jak inaczej?:) Nadszedł kres moich możliwości, czułam, że już dłużej nie dam rady. Odstawienie z różnych przyczyn nastąpiło dosłownie z dnia na dzień. Pierwsza noc była ciężka, potem było już z górki. Mały zniósł to dobrze, choć o cycusiu nie zapomniał, o nie. Prawie codziennie przychodzi do mnie, głaszcze cycusia i mówi "cicio". Tylko tyle i aż tyle.

W ciągu tygodnia codziennie dostawał rano mleko i spaliśmy do 9-9:30. Potem w ciągu dnia nie szedł już spać. Późnym popołudniem wychodziliśmy na plac zabaw, skąd ok 19:30 zgarniał nas tata, kąpał małego, ja robiłam mu butlę, dziecię dostawało butlę i szło spaty. Wieczory mąż i ja mieliśmy dla siebie. Szybko ten tydzień przeleciał, a ja sama dziwiłam się, jak lekko zniosłam nasze cyckowe rozstanie. Do wczoraj.

Wczoraj od rana nie czułam się dobrze. Dokuczał mi ucisk w klatce piersiowej, a do tego ohydna niżowa pogoda. Maluch wstał wyjątkowo o siódmej, nie było więc szans, aby wytrzymał do wieczora bez drzemki. Gdy położyłam go ok. drugiej, zjadłam obiad i zasiadłam przed kompem, zaczęłam podczytywać ulubione blogi i w końcu w którymś momencie puściłam ryksę. Sama się zdziwiłam, bo należę do osób, które płaczą raz na ruski rok albo i rzadziej, ale ten płacz był mi potrzebny. Siedziałam i wypłakiwałam z siebie żal za tymi dwudziestoma miesiącami, które się skończyły. Czułam się niepotrzebna i bezużyteczna. Czułam się pozbawiona życia - w końcu przez ponad półtora roku dostarczałam sobie codziennie dawkę endorfin, prolaktyny i oksytocyny. Czuję się jak po odstawieniu dragów i myślę, że wczoraj otarłam się o stan depresyjny.

Płacząc, marzyłam, aby znów móc go nakarmić, aby móc go przytulić do cycusia, aby objął mnie małą rączką, abym mogła głaskać go po główce, abyśmy mogli trwać tak przytuleni. Wiedziałam, że gdybym to zrobiła, to na marne poszłoby kilka ostatnich dni, ale nie było rzeczy, której bym bardziej nie chciała. Chciałam, aby znów był moim małym dzidziusiem, moim małym chłopcem. Karmienie zawsze dawało mi odczucie, że mam w domu maleństwo, było przedłużeniem ciąży, linią łączącą "teraz" i "kiedyś". Kiedyś - w innym mieszkaniu, kiedyś - dwa lata wstecz, kiedyś - gdy mój synek był maleńki, kiedyś - gdy zaczęłam moją przygodę z macierzyństwem. Mój syn był drugą po moim mężu osobą, która pokochała mnie bezwarunkowo. Uwielbiałam naszą celebrację bliskości, uwielbiałam to wspólne trwanie z akceptującym uścisku, na przekór wszystkim naokoło, którzy uważali mnie za narwaną. Podczas karmienia byliśmy dla siebie całym światem. Wierzę, że te wspólne chwile dadzą mu w przyszłości niezachwianą pewność, że jest wartościowym i godnym miłości człowiekiem.

Wypłakałam z siebie żal, smutek, rozdarcie. Poczułam ulgę i zrobiło się lepiej, choć nie jest łatwo. Są plusy nowej sytuacji. Przesypiamy noce. Wczoraj z przyjaciółką piłam wódkę. Mogę wyjść wieczorem z domu, bo nie jestem już jedyną osobą, która może uspokoić Frania cycem, gdy się obudzi. Będę mogła w końcu oddać krew. Są plusy, są. Mimo to nie jest mi łatwo. Przez dwadzieścia miesięcy byłam mamą karmiącą. Inni mówią: podziwiam cię, ja bym tak długo nie dała rady, karmiłaś długo, karmiłaś za długo... A mi łzy się w oczach zbierają, bo tak bardzo mi żal, że te chwile już się skończyły...

PS Od wczoraj koi mnie ta melodia

niedziela, 29 lipca 2012

kim będzie?

Życie tak szybko upływa, a te pierwsze dwa-trzy lata z życia dziecka są w porównaniu do całego naszego życia tak króciutkim okresem! Nie wyobrażam sobie nie spędzać tych dni z moim misiem. Leżąc dziś z synkiem przy cycku i tuląc go na dobranoc, myślałam o tym, kim będzie. Ot, banalne pytanie, które każdej chyba matce przychodzi do głowy. Już za parę lat mój synek pójdzie w świat i nie będzie go raczej interesowało spędzanie całych dni i nocy z mamuśką. Potem dorośnie, wybierze swoją drogę życiową. Może będzie kierowcą ciężarówki, może pilotem, może urzędnikiem, a może misjonarzem w Afryce? Może będzie singlem, a może założy rodzinę. Może zostanie w Polsce, a może wyemigruje na drugi koniec świata. Gdy myślę o przyszłości, która szerokim i nieznanym pasem rozciąga się przed nami, jeszcze mocniej tulę go do siebie. Dziś liczą się tylko te dni spędzane razem, całe dnie, zlewające się nierzadko jeden z drugim. Tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem mój syn poznaje świat. Zatrzymuje się w każdej kałuży, ze znawstwem grzebie w niej rączkami, zapamiętale ciapie nogami, z uciechą rozpryskując wodę i wołając: "ada! ada!". Każdy napotkany motor wita emocjonalnie, krzycząc "momo! momo!!!". Głaszcze napotkane kwiatki, wołając "kiaki! kiaki!". Biegnie rano do pokoju i po raz enty wraca do nas, trzymając w małych łapkach swoje okularki słoneczne i z radością informując nas: "ajy! ajy! ajy!". Znajduje na nodze bliznę lub strupek i żałosnym głosikiem stwierdza "apka! apka!" (ałka). Wiesza mi się na dekolcie, i klepie mnie po cyckach wołając: "cicio!". Po raz enty woła na ulicy "ato, ato!" lub "kako! kako! (traktor), wciąż z takimi samymi emocjami, wciąż z taką samą radością. Cieszę się razem z nim, przytakuję, powtarzam. Serce ściska się czasami, gdy wieczorem przytulam go do cycusia. Za parę lat pójdzie w świat. Niech te dobre dni spędzone z mama idą razem z nim i dają mu siłę.

piątek, 20 lipca 2012

zdrowy egozim

Bywają dni łatwe, miłe, lekkie i przyjemne, a bywają i takie jak ten dzisiejszy - trudniejsze. Trudniejsze, bo syn omiałczony okrutnie, choć staram się przytulać i być blisko, trudniejszy bo matka niewyspana i lekko chora swej roli nie wypełnia przewspaniale. Trudniejszy, bo kolejny raz uderzyło mnie, jaką wielką fikcją jest w mojej rodzinie kwestia autonomii. Mojej autonomii - autonomii trzydziestoletniej prawie kobiety. Przykro słuchać i dochodzić do wniosku, że bliskiej osoby nie obchodzisz w ogóle ty, twoje zdanie, twoja osoba. Że bliska osoba potrafi posunąć się nawet do szantażu psychicznego, aby dostać to, co chce, abym ja żyła pod dyktando choć nie mam ochoty. Spasowałam już. Nie dyskutuję. Nie podejmuję tematu. Nie chcę rozmawiać, by nie usłyszeć kolejny raz, że my tobie tyle, a ty nam tak a tak. Staram się widzieć za tymi słowami niezaspokojone potrzeby, choć powiem szczerze: własne są dla mnie ważniejsze. Ja - jedynaczka całe życie starająca się o to, żeby nikt mnie nie posądził o egoizm, walcząca od zawsze z głupim stereotypem jedynaka, umiem się zdobyć na zdrowy egoizm. Wielki to wyczyn, bo gdy wychowano cię w duchu powiedzenia "rób co ci każę i nie dyskutuj", trudno jest ci zauważyć, gdzie jest ta subtelna granica pomiędzy egoizmem zdrowym a tym niezdrowym.

czwartek, 19 lipca 2012

kako! edzie!

Ciężko się zaległości blogowe nadrabia. To może najpierw stan słownika, który nawiasem mówiąc, ciężko powoli pamięcią ogarnąć, więc notatki robię, ale i te są wyrywkowe.
buka - bułka
ni ma - nie ma, koniec :)
miko - mleko
chiep - chleb
buka - bułka
apko - jabłko
ama - lampa

Sytuacje życiowe:

Tata wychodzi do pracy lub wychodzi po prostu gdzieś na chwilę. Po jego wyjściu Franio rozkłada rączki i mówi: "Ni ma":)

Czytam Franiowi książkę. Przewracamy ostatnią stronę, a dziecię komentuje: "Ni ma" :)

Idziemy dziś na spacer i mijamy pracujący traktor.
Franio: Kako!
Mama: Tak Franiu, traktor.
Franio: Edzie!
Mama: Tak Franiu, traktor jedzie.

Mama: Franiu, a co pijesz rano z butelki?
Franio: Miko!

I tak dalej, i tak dalej. Okrutnie rezolutny pod względem językowym zrobił się nasz malec. Komentuje rzeczywistość dookoła i wielką satysfakcję daje mu odnajdywanie naokoło rzeczy, które można nazwać. Wypatrzy lampę, wodę, motor tam, gdzie my w ogóle nie raczymy spojrzeć. Pięknie nazywa zwierzątka w atlasie zwierząt, a gdy czytam mu wierszyki, powtarza chętnie ostatnie słowa z końcowych wersów. Dużo radości z nim mamy.

W tym tygodniu każdego wieczora szykuję sobie termos z wodą, butelkę i mleko i rano szybko robię mu porcję około siódmej rano. Dziecię zasypia i śpimy do 9 lub dłużej! Szok! To także zasługa zewnętrznych rolet, ale też niżowej pogody, bo deszcz towarzyszy nam praktycznie każdego dnia. Zbieg okoliczności niezwykle sprzyjających spaniu:)))

Podjęłam współpracę z kolejnym wydawnictwem i tym sposobem czas wolny zredukuje się do minimum. Ale cieszę się, bo pieniędzy mamy mało, mąż haruje, a mnie serce z tego powodu boli. Ech życie, ech kredyt. Mogłabym iść do pracy. Mogłabym oddać dziecko pod opiekę obcej osobie i widywać synka przez 3 godziny dziennie. Moglibyśmy spędzać razem weekendy, bo pieniędzy byłoby więcej. Mogłabym. Życie to trudne wybory i kompromisy. Rezygnacja z siebie i z innych. Bardziej być niż mieć lub na odwrót. Ale każdemu, kto zapyta, czy warto wyprowadzić się od rodziców i kupić własne cztery kąty na kredyt, odpowiem, że warto.

Książka "Dziecko z bliska" jest dla mnie jak olśnienie. Umacnia mnie w pewnych przekonaniach, dużo wyjaśnia. Szczególnie spodobał mi się rozdział o autonomii. Może dlatego, że ten aspekt wychowania w moim domu rodzinnym leżał i wciąż leży odłogiem. Zrozumiałam wiele zależności między swoją osobowością a moim otoczeniem. Niektóre rzeczy przestałam sobie nareszcie wyrzucać, bo nie są i nie były ode mnie zależne. Czytam codziennie po trochu, podkreślam i do podkreślonych rzeczy wracam. Wspaniała lektura.

Moja koleżanka ciężarówka czyta "Więź daje siłę". Drugiej - od trzech tygodni mamie - właśnie te samą pozycję pożyczyłam. Cieszę się, że mogę szerzyć dobrą nowinę o rodzicielstwie bliskości:) Póki co kończę. Dziecię śpi, a ja muszę zerknąć na materiały do dzisiejszej wieczornej lekcji angielskiego.



środa, 11 lipca 2012

zaległości, zaległości

Zaległości na tym blogu, leży odłogiem, a życie pędzie, pędzi, pędzi....
Przede wszystkim serdecznie pozdrawiam i ściskam mojego kochanego Męża, który zjawi się tu w sobotę dopiero. Kochany, ciesz się spokojem i odpoczywaj.
Za nami nadmorski wyjazd tygodniowy, a teraz jesteśmy na wsi, jemy owoce i warzywa, żrą nas komary, a Frankowski to właściwie tylko owocami żyje, mlekiem i świeżym powietrzem. Z nowości słownikowych:
kapta - kapusta
ajy - okulary
kiaki - kwiatki
nuga - noga
nom - nos
oko - oko :)
apko - jabłko
kako - traktor
oda, ada - woda
pama - mapa
patu - parasol
aka, apka - ałka (Franio ma na nodze, a mama na dekolcie).

I tak dalej, i tak dalej. Nowe sowa pojawiają się z dnia na dzień, co mnie raduje bardzo a bardzo!

Mama zaczytana w "Poradniku dla zielonych rodziców" i w "Dziecku z bliska" - obie przeciekawe.

Dopadają mnie rozterki macierzyństwa. Szukam rozwiązań w "Dziecku z bliska", bo jesteśmy na etapie trudnych emocji, które mojemu synkowi i osobom postronnym życie nieco utrudniają. No ale o tym to kiedy indziej. Teraz mam ochotę pod kołderkę wskoczyć. Pa.


czwartek, 21 czerwca 2012

wyprzedaż w Mamanii

TYLKO dziś w Wydawnictwie Mamania trwa wyprzedaż! Myślę, że warto zajrzeć. Wyprzedawane są egzemplarze poekspozycyjne. Są spore przeceny. Sama zamówiłam właśnie kilka książek, na które od jakiegoś czasu miałam chrapkę. Wyszło o kilkadziesiąt złotych taniej. No i przy zamówieniu powyżej 100 zł - wysyłka gratis. Klikajcie tutaj.

Dla mojej koleżanki, która niedługo zostanie mamą, zamówiłam tę fantastyczną, ciepłą książkę:
Sama przeczytałam ją już dwa razy i nawet notatki robiłam. Żałuję, bardzo żałuję, że nie dotarłam do niej przed narodzinami mojego F.


A dla siebie na długie letnie wieczory zamówiłam te oto pozycje:






PS U nas gorączka znikła tak szybko, jak się pojawiła. Znów mieliśmy więc "jedniodniówkę". Uff...

wtorek, 19 czerwca 2012

kochany dziubeczek

Zwariowane są te ostatnie dni. Mały biega do późna, rano śpimy wszyscy do 9 lub dłużej (mąż chodzi na drugą zmianę), w dzień F. śpi długo, a wieczorem znów szaleje i tak w kółko:) Dziś w nocy Misiek miał gorączkę 38, 4. W dzień 37,5, choć zmierzyć mu gorączkę pod paszką to niezły wyczyn. Teraz śpi i chyba nie gorączkuje, bo czółko nie jest szczególnie ciepłe. Kochany dziubeczek. Czekam co dalej. Może to tylko zęby i minie samo, a może - nie daj Boże - coś się z tego wykluje? Miejmy nadzieję, że nie...

czwartek, 14 czerwca 2012

hapfffffff

Kto nie idzie do przodu, ten się cofa. "Do tyłu" - dodałby pewnie mój mąż:) Dążę więc do realizacji mojego planu, choć idzie mi nieco opornie, ale może coś będzie, może coś się rozkręci. Póki co proszę nie pytać mnie o nic. Dziecię śpi, a ja pewnikiem też się ułożę obok niego pod kołderką. A oto słownik dziecięcia naszego.
Anio - Franio
- słoń
aba - żaba
bika - biedronka
kapo - krokodyl
koto - kot
mi-a - kot
hapfffff - pies
me!me! (a raczej: mi!mi!) - owieczka
nemni - delfin
ijaija - konik
mama - mama
tita - tata
ato - auto
momo - motor
mimo - misio
pyta - płyta
pucha - pieluch
kapa - kapcie
cicio - cycuś
djetjo - dzięcioł

sobota, 9 czerwca 2012

i znów weekend...

Tydzień intensywnych wrażeń za nami. Miło będzie wrócić jutro w swojskie domowe pielesze. Zaliczyliśmy weselisko, na którym młody bawił się dzielnie. Poprawiny, trochę towarzyskich wizyt i oto znów weekend nam zawitał w całej swojej wspaniałości. Dopadło mnie choróbsko, walczę dzielnie, kaszlę jak Fiat 126, ale daję radę! Z mojej skrzynki mailowej powiało pozytywnie, może z tych pozytywów cosik więcej wyniknie? A syn mój coraz większy, coraz bardziej niezależny, już nie dzidziuś, choć dzidziusiem często zwany. Jest odważny i nie bał się nawet prawdziwego dzika w zagrodzie! Nauczył się symulować kaszel. Lubi przytulanki i czytanie książeczek. A u pradziadków biega po podwórku, zaczepia pieska, ogląda kury przez płot, jeździ autkiem po trawie, chodzi z dużą konewką i włazi na co popadnie. Wciąż w ruchu, ku zdziwieniu prababci ("Dlaczego on nie chce usiąść na chwilę?"). Lubię jego niezależność. Z dumą obserwuję, jak krzykiem i wiciem się reaguje na próby wsadzenia go sobie na kolana albo przytrzymania w miejscu (przez pradziadka nazywany wtedy "złośnikiem" - bez komentarza, biorę poprawkę na wiek i całokształt). Ostatnia refleksja na dziś: im więcej czytam na temat wychowania dzieci, na temat konsekwencji naszych-rodziców decyzji i reakcji na pozornie małe sprawy, tym bardziej przeraża mnie ogrom odpowiedzialności, jaki na barkach naszych spoczywa. Im więcej rozglądam się wkoło i przysłuchuję się ludziom, tym bardziej zastanawiam się jak bardzo na to, jacy są dzisiaj wpłynęło to, jak we wczesnym dzieciństwie traktowali ich rodzice. Takie mam zboczenie swoje małe.

Polecam świetne dwa ostatnie posty na blogu W świecie żyrafy Płacz i trudne emocje oraz Płacz.

sobota, 2 czerwca 2012

naprawdę... :(

Dziecię moje od 45 minut śpi na dywanie (!), wróżę więc szybką pobudkę:) Wpadłam więc dosłownie na chwilę. Mąż w pracy, dziecię w krainie Orfeusza. Strasznie krzyczy ostatnio, a mnie coś trafia, zęby zaciskam, ale ciężko, ciężko momentami... Wrzask jest o byle co, często niespodziewany, dziś nawet nadarł się ponoć w nocy - tak mąż twierdzi, ale spałam jak zabita - ponoć dałam cycka i był spokój...:) Wszystko to za sprawą zębów rosnących - ostatnio już piątkę wymacałam, że się pcha na ten świat... Jutro odjazd na wieś robię z małym, we wtorek mąż do nas dołączy, a w środę na weselu się bawimy, co mnie w stres wprowadza z powodów noclegowych - maluch będzie w pokoju motelowym z dziadkami i boję się pobudek i ryków - my będziemy 5 km dalej... Póki co uciekam, muszę złożyć na chwilę głowę na oparciu fotela. Blogów siły nie mam czytać, bo ich stan ortograficzny mnie powala. Mamy wtórny analfabetyzm, potwierdzam diagnozę kolegi w gimnazjum uczącego, spotkanego tydzień temu. Ludzie, przecież błędy Wam chyba edytor podkreśla, czy może się mylę? Gorzej ze słowami typu "naprawdę", których pewnie edytor nie podkreśla, bo słowa "na" i "prawdę" naprawdę istnieją. A naprawdę to słowo piszemy łącznie. Na pewno! Ech, złośnica ze mnie, co? Nie lubicie mnie, co? A co tam. Trudno:)))

niedziela, 27 maja 2012

"Matki bez granic" - oto artykuł w jednym z ostatnich numerów Newsweek Polska. Rodzicielstwo bliskości atakuje:), można rzec. Zdaje się, że dzięki "Time'owi" rozpętała się jakaś medialna burza, co cieszy mnie okrutnie. Oto fragmencik:

Śpią z dziećmi w jednym łóżku, noszą je 
w chustach i latami karmią piersią. Żeby być 
jak najbliżej. Prawdziwe macierzyństwo, 
a może groźne wariactwo?

Tak, tak, z pewnością groźne wariactwo. Mój syn wzbudza powszechny zachwyt - wśród rodziny, w plenerze, na placu zabaw. "Jaki on grzeczny" - zachwyca się zaprzyjaźniona mama chłopca w podobnym wieku. "Mój X nie jest taki grzeczny", "Jak on się sam umie sobą zająć", "Jaki on spokojny", "Jak on grzecznie siedzi w wózku, mój X nie jest taki grzeczny w wózku",  i tak dalej, w tym tonie. Grzecznie się uśmiecham na to i nic nie mówię, ale w duchu wątpię, czy którakolwiek z wygłaszających te przemówienia mam zgodziłaby się na moje "metody wychowawcze", że tak je nazwę. Zadziwiające, jak ludzie nie widzą powiązania jednego z drugim i uparcie dorabiają sobie ideologię, że ich dzieci są złośliwe, agresywne, "niegrzeczne" (grrrr) i specjalnie na złość robiące. Karmię piersią półtoraroczne dziecko. Śpię z nim w jednym łóżku. Nie używamy łóżeczka do spania. Tulimy się na dzień dobry, na dobranoc i przy każdej okazji w ciągu dnia, gdy on lub ja mamy na to ochotę. Mój syn nie zasypia sam w łóżeczku - zasypia przytulony do mnie. Mam trzydzieści lat i to moje pierwsze dziecko. Kieruję się intuicją. Staram się mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Widzieć w dziecku małego człowieka, słyszeć to, co chce mi powiedzieć. Nie zawsze mi się udaje. Dużo czytam i obserwuję inne matki. Wyciągam dla siebie wnioski, często smutne. Często słyszę o "niegrzecznych" dzieciach. Pytam: dlaczego?

czwartek, 24 maja 2012

chłodnik na ciepło



Pożarłam właśnie chłodnik na ciepło, bo stwierdziłam, że na chłodnik na chłodno jest zdecydowanie za chłodno:) Dziecię śpi, pralka pierze, a ja na chwilę tu wpadłam, zanim pranie wywieszę i chatę jeszcze ogarniać zacznę. 

Mimo że mam lat niemal 30, nadal nie wiem co chciałabym tak naprawdę robić w życiu. Zazdroszczę bardzo osobom, które swoje zajęcie wykonują z pasją i zaangażowaniem. Niektórzy twierdzą, że wystarczyć powinien nam fakt, że praca nie jest uciążliwa, że "da się przeżyć", najważniejsze, by pozwoliła nam godziwie zarobić na życie, nie szargała zbytnio nerwów i nie zalewała falą nudy. Może to i prawda - są wszak w życiu rzeczy ważniejsze - zdrowie, miłość. A mnie by się chciało jednak coś z pasją robić. Co robiłabym z pasją? Mogłabym mieć na przykład własną małą kawiarnię i codziennie rano piec ciasto, a przez cały dzień parzyć ludziom pyszne kawy i herbaty i robić desery. Ale funduszów na rozkręcenie biznesu brak. Lubię uczyć angielskiego, ok. Lubię, nie kocham. Pracę w szkole tylko "lubiłam" - czy to za mało? Nie leciałam tam na skrzydłach, marna ze mnie Bozowska. Cała biurokratyczno-wychowawcza szkolna otoczka mierzi mnie okrutnie. Z ulgą zaniosłam do księgowości ciążowe L4 i z otwartymi ramionami powitałam mój urlop wychowawczy, bo bardziej niż uczyć lubię po prostu być z moim synkiem.

Kochałam pracę w redakcji. Było cudnie, ale... teraz żal mi byłoby tego, że angielskiego nie uczę, a przecież tyle czasu i pieniędzy poszło na drugie studia! Co za zapętlenie. Może więc całkowicie oderwać się od klimatów redakcyjno-korektorsko-nauczycielskich. W mojej łepetynie jakiś czas temu zrodził się pewien pomysł na życie? zarabianie? samorealizację? ciekawe zajęcie? Sama nie wiem jak to nazwać. Byłoby to coś, co zaspokoiłoby moją wewnętrzną potrzebę podzielenia się z innymi. Czym? Póki co - cicho sza na ten temat. Coś robię w tym kierunku, zobaczymy, czy coś się z tego wykluje. Brak mi w tym względzie doświadczenia, a określenie "kobieta przedsiębiorcza" póki co równa się w moim przypadku tanim zakupom w Biedronce i fajnych ciuchów w lumpeksach. Wiem jedno - jeśli nie wystartuję z moim pomysłem już teraz, to nie wystartuję nigdy. A teraz udam się do pani pralki. Miłego dnia!!!